czwartek, 15 marca 2012

Wywiad z Magdaleną Kordel

Piter Murphy: Witam Ciebie Madziu bardzo serdecznie. Usiądź proszę wygodnie na kanapie i rozgość się. Mogę zaproponować filiżankę kawy, albo herbaty?

Magdalena Kordel:  Bardzo chętnie, herbatę poproszę.

PM: Jesteś autorką czterech książek. Która z nich jest dla Ciebie najważniejsza, a która sprawiła Ci najwięcej trudności w czasie pisania?

MK: Trudno mi na to pytanie odpowiedzieć jednoznacznie. Bardzo ważną książką było 48 tygodni, bo to od niej wszystko się zaczęło. Ale równie istotna było Uroczysko, bo właśnie w nim pojawiło się Malownicze, które obok Majki i innych ludzkich bohaterów gra w moich powieściach główną rolę. Okno z widokiem pojawiło się nieoczekiwanie i dla mnie samej stanowiło sporą niespodziankę, bo tak naprawdę miałam wtedy pisać zupełnie coś innego… Z kolei praca nad Sezonem na cuda była czystą radością. Jakby się nad tym głębiej zastanowić to każda książka jest dla mnie szczególna. Nie umiem wybrać. A jeżeli chodzi o trudność, to niewątpliwie najwięcej problemu sprawiło mi Uroczysko. Powód tych perturbacji jest banalny i prozaiczny. Gdy pracowałam nad Uroczyskiem mój synek był bardzo malutki i najzwyczajniej brakowało czasu. Ustaliliśmy z mężem zmiany: rano on szedł do pracy a ja zajmowałam się młodym, popołudniu gdy wracał ja siadałam do komputera i pisałam. A tak po przemyśleniu to chyba najważniejszą książką jest ta która właśnie się pisze. Każda nad którą się w danym momencie pracuje, bo to jej poświęca się najwięcej uwagi i czasu.   

PM: Skąd czerpiesz inspiracje do swoich powieści?

MK: Życie jest jedną wielką inspiracją. Wystarczy uważnie patrzeć i zapamiętywać. Czasami zdarza się tak, że jeden mały szczegół jest początkiem całej historii. To trochę tak jak z lawiną, wystarcza mały kamyk żeby ruszyła.

PM: Pisanie traktujesz jako autoterapię, a może terapię dla innych?

MK: Hmmm… To przede wszystkim moja praca. Ale jeżeli rozpatrywałabym to pod tym kątem to chyba bardziej pisanie traktuję jako odskocznię. Dla siebie, bo pisząc mogę kreować rzeczywistość tak jak mi się żywnie podoba, dla innych, bo mam nadzieję, że przy czytaniu będą się dobrze bawić.

PM: Twoje bohaterki dojrzewają w Tobie wraz z kolejnymi napisanymi stronami, czy też przygotowujesz wcześniej plan i jego się trzymasz od początku do końca?

MK: Pracuję z planem, ale nie takim  od A do Z. Planuje główne wydarzenia, reszta powstaje na bieżąco. Co więcej książki mają zwyczaj żyć swoim własnym życiem i płatać figle. Często okazuje się, że dzieje się w nich coś co w ogóle nie miało się zdarzyć, albo pojawiają się niezaplanowani bohaterowie. Wtedy można powiedzieć, że właśnie nam się samo coś napisało.  

PM: Pamiętasz początki swojego pisania? Pierwsze strony? Kto zainspirował Ciebie, aż powiedziałaś sobie w myślach „będę pisarką i basta”.

MK: Pisać to ja chyba zaczęłam zanim nauczyłam się literek. Gdy rodzice czytali mi książki zdarzało się, że nie podobały mi się zakończenia więc je przerabiałam. Potem na klasyczne pytanie: a kim zostaniesz w przyszłości? – odpowiadałam, że będę pracować w zoo, albo zostanę pisarką. Z zoo nie wyszło, ale jak to mówią nie można mieć wszystkiego. A pierwsze strony? Piotrze to była naprawdę dramatyczna historia, bo pierwszym dziełem, które wyszło spod mojego długopisu była historia o piesku Barim. To z założenia miała być bardzo tragiczna i smutna historia, sama nad nią lałam łzy i za nic nie mogłam zrozumieć dlaczego dorośli czytając tą tragedię śmieją się do rozpuku… Teraz rozumiem ich nieco lepiej.

PM: Piszesz z lekkością i prawdziwością. Czytelnik wierzy w to, co czyta, a nie jest to prosty zabieg. Dokładnie się przygotowujesz do opisania kolejnych historii? Zbierasz wcześniej materiały, robisz notatki?

MK: Zbieram informacje o rzeczach konkretnych. Na przykład w „Oknie” archeolodzy prowadzili poszukiwania. No więc zbierałam wiadomości o tym co się z reguły wykopuje, co znajduje się w miejscach w których było gospodarstwo, a co tam gdzie kiedyś stała karczma. Tutaj korzystając z okazji chciałabym serdecznie podziękować Maćkowi, koledze archeologowi, który służył mi swoją wiedzą z tej dziedziny. Poza tym uwielbiam wszelkie historie związane z miejscami gdzie dzieje się akcja powieści. Malownicze jest fikcyjnym miasteczkiem, ale leży w Sudetach. Dlatego gdy tam jesteśmy słucham uważnie tego co ludzie opowiadają, potem te historie wykorzystuje w fabule. W pisaniu kieruję się też tym o czym mówił Hemingway: nie należy pisać o czymś o czym nie ma się bladego pojęcia. A notatki robię, ale takie bardzo luźne. Mój podręczny zeszyt pełen jest różnych myśli, pojedynczych słów, fragmentów wierszy. I ja je potem wykorzystuję, chociaż przypuszczam, że dla kogoś innego byłyby totalnie nieprzydatne.   

PM: Jestem prawie pewny, że jeżeli ktoś napisze i wyda pierwszą książkę myśli o napisaniu następnej.  Czy to jest rodzaj uzależnienia? A może w Twoim przypadku jest inaczej?

MK: Pewnie, że się myśli. Ja staram się pisanie traktować jak pracę. Zgadzam się z Kingiem, który mówi, że pisarz to rzemieślnik. Nie wiem czy jestem uzależniona, natomiast pisanie to coś co lubię i w czym się odnajduję. A jak wiadomo ważne jest żeby robić to co sprawia nam przyjemność i jestem szczęśliwa, że moja praca zawodowa to właśnie mi zapewnia.

PM: Madziu, jesteś osobą towarzyską, uśmiechnięta i gadatliwą. Ja pisarzy kojarzyłem z samotnością, z ogromną ilością petów i regularnym nadużywaniem alkoholu. Pokutuje przekonanie, iż czym bardziej pisarz nieszczęśliwy, tym lepsza książka. Jesteś przykładem tego, że sztuka nie zawsze rodzi się  w mękach?

MK: Matko, gdybym miała nad tym swoim laptopem konać w bólach i tonąć we łzach chyba sama bym sobie w łeb strzeliła. Nie wiem wprawdzie czym, ale coś bym wymyśliła. Absolutnie nie jestem typem męczennika. Jak zauważyłeś, słusznie zresztą, jestem gadułą i to gadułą pogodną. Piszę też raczej na wesoło, chociaż nie omijam trudnych spraw. Tyle tylko, że dbam o to by moi bohaterowie byli bardziej szczęśliwi niż nieszczęśliwi. W końcu po to jestem pisarką by mieć z tego przyjemność, a dla mnie przyjemnością są dobre zakończenia. Samotnicą tez nie jestem (zresztą niech ktoś kto ma dwójkę dzieci, męża, psa, kota i rozdartą świnkę morską spróbuje być samotnikiem), co nie znaczy, że nie cenię spokoju i ciszy. Ale we wszystkim potrzebny jest umiar. Lubię ludzi, dobre towarzystwo, kieliszkiem czegoś mocniejszego też od czasu do czasu nie pogardzę i czasami lubię posiedzieć całkiem sama i pogapić się w gwiazdy. Ale potem lubię wrócić do domu i do swojego braku samotności. Stanowczo tworzyć można bez bólu i wicia się w konwulsyjnych bólach.

PM: Twoje książki są szeroko komentowane przez recenzentów – blogerów. Czytujesz te recenzje? Zgadzasz się z nimi? Są według Ciebie trafne?

MK: Czytuje namiętnie. Głównie po to by wyłapać co czytelnikom się podoba, a co nie. Mądre recenzje są bardzo pomocne. Pozwalają w przyszłości unikać błędów, no i poznać gust czytelników. Zresztą pisarz też człowiek i czasami nie zauważa różnych rzeczy, a opinie czytelników pozwalają mu skorygować to i owo. Nie mnie oceniać trafność takich recenzji, bo jak mówią o gustach się nie dyskutuje, no i nie ma takiego człowieka na ziemi, który dogodzi wszystkim. Jedno tylko mnie niezmiennie zaskakuje. Otóż jeżeli nie lubię danego autora, to po pierwszym czy drugim nieudanym i niesatysfakcjonującym podejściu po prostu po niego nie sięgam. A niestety jest grupa tych samych czytelników, którzy uparcie czytają książki z danego gatunku i równie uparcie mieszają je z błotem. Po co? Nie lepiej dać sobie spokój i zająć się czymś co sprawi im przyjemność? No chyba, że ta przyjemnością jest właśnie krytyka, zwykle w takich przypadkach nie konstruktywna.   

PM: Nie mogę nie zapytać o ulubionych pisarzy zarówno krajowych, jak i zagranicznych. Wiem, że z polskimi może być problem, gdyż przyjaźnisz się z wieloma, ale szepnij coś do ucha. Ja nikomu nie powiem…

MK: Aaaa, toś mi dał pytanie drogi Piotrze! I jeszcze składasz obietnice bez pokrycia. Czytam bardzo dużo i właściwie wszystko co mi wpadnie w ręce. Polskich autorów darze szczególną estymą, bo ich książki zwykle dzieją się w naszych krajowych realiach, ja się w nich najlepiej odnajduję. Trudno mi wskazać ulubionych, mogę tylko powiedzieć, że ostatnim moim odkryciem jest Agnieszka Lingas – Łoniewska. Poza tym przeczytałam jakiś czas temu Pannę Ferbelin Stefana Chwina i jestem oczarowana. Bardzo lubię kryminały Krajewskiego, w szczególności te o Breslau, książki Agnieszki Krawczyk i samą Agnieszkę. Czytałam też Kasię Enerlich i jej prowincję (Kasia mnie zaraziła Mazurami), książki Małgorzaty Gutowskiej – Adamczyk, Małgorzaty Kalicińskiej, Sosnówkę Marii Ulatowskiej. W stercie przy łóżku czekają książki Hanny Cygler i Renaty Górskiej i ogólnie długo bym tak mogła jeszcze wymieniać. Z góry przepraszam, że nie wszystkich wyszczególniłam, ale obawiam się, że Piotr by mi tego zwyczajnie nie puścił. A co do zagranicznych to naprawdę będę się streszczac: Gavalda, Nesbo – to od niedawna, Jan Karon, Musso, Sparks, King, John Irving i… Hemingway. W tym ostatnim jestem rozkochana. I to nie tyle w jego prozie (bardzo ją cenię i znam), ale w nim samym. Hemingway fascynuje mnie jako człowiek i marzy mi się napisanie kiedyś jego biografii.  Poza tym namiętnie czytuje wszelkie pamiętniki, listy i biografie. I już milknę, bo robi się niebezpiecznie.     

PM: Czytałaś ostatnio książkę, która zostawiła w Tobie ślad na dłużej?

MK: „Niebo bez ptaków” Danuty Brzosko – Mędryk. Tej książki nie sposób zapomnieć. Poza tym zachwyciłam się  „Bez przebaczenia” pani Agnieszki Lingas – Łoniewskiej, no i „Po prostu razem” Gavaldy – chociaż ją czytałam dawniej, ale chętnie do niej wracam i należy do moich ulubionych.

PM: Jak oceniasz nasz krajowy rynek książki? Jak oceniasz książki elektroniczne? Według Ciebie mają szanse wyprzeć z rynku książki drukowane?

MK: Uważam, że polscy autorzy są niedoceniani. Zarówno przez polskich wydawców jak i przez zagranicznych, ale jedno niestety ściśle wiąże się z drugim. Można to podsumować powiedzeniem: cudze chwalicie swego nie znacie. A książka elektroniczna? Moim zdaniem znalazła swoje miejsce na rynku, ale nie wyprze tej papierowej. Szelest kartek, z mojego punktu widzenia, bezcenny.

PM: Nad czym aktualnie pracujesz? Tylko nie pisz, że zrobiłaś sobie przerwę.

MK: Piotruś ja nie mam czasu na przerwy.  Kończę „Wino z Malwiną”, (to trzecia i prawdopodobnie ostatnia opowieść o Majce) i jestem już makabrycznie spóźniona. W kolejce czeka „Piękne nigdzie”, którego fragment zamieściłam ostatnio na blogu (kto nie widział zapraszam: http://magdalenakordel.pl), a w kolejce czekają jeszcze dwie już wymyślone powieści. Przerwa będzie tylko w wakacje, wtedy będę się regenerować i odpoczywać.

PM: Dziękuję Madziu za rozmowę. Było mi bardzo milo ciebie gościć. Wierzę, że to nie po raz ostatni.

MK: Również mam taką nadzieję i ze swojej strony bardzo dziękuję za przemiłą rozmowę. Mam nadzieję, że nie zagadałam Cię na śmierć.

PM: Nie zagadałaś mnie. A czas spędziłem bardzo przyjemnie. Jeszcze raz dziękuję za przyjęcie zaproszenia.


Ray Kroc - "Prawdziwa historia McDonald’s. Wspomnienia założyciela"

Raymond Albert "Ray" Kroc – amerykański biznesmen czeskiego pochodzenia. Założyciel McDonald's Corporation, która powstała...