czwartek, 11 lutego 2016

Mikel Santiago - "Ostatnia noc w Tremore Beach"

 Często sięgam po książki rekomendowane przez znane, doceniane osoby w środowisku literackim. Tym razem nie było inaczej, a dodatkowo zahipnotyzowała mnie okładka i streszczenie. Dom na wyludnionej plaży w Irlandii w czasie kryzysu związanego z rozwodem. 

 Historia nie jest zawiła, wręcz przeciwnie. Mamy tutaj człowieka, któremu wewnętrzny głos mówi, aby nie opuszczał domu w trakcie burzy. Oczywiście nie może być grzecznie, więc Peter Harper wyjeżdża i w drodze powrotnej zostaje trafiony piorunem. Wtedy się zaczyna coś, co powinno mnie wbić w  fotel, a ja powinienem gryźć paznokcie z nerwów. A niestety, dzieje się niewiele. Za dużo opisów, zdecydowanie za mało dialogów. 

 Chciałbym napisać, że w tej historii znalazłem coś odkrywczego, a nazywanie autora hiszpańskim Kingiem jest według mnie wielkim nieporozumieniem. Książka mnie wynudziła. Czekałem na element zaskoczenia, a zakończenie okazało się zupełną pomyłką. Brak oryginalności w fabule, zbyt mało interesujących postaci zdolnych wynieść opowieść na wyższy poziom. 

 Plusem powieści jest tłumaczenie, które pewnie pomaga tej historii. Sam liczyłem na wielkie BUM, ale zamiast tego otrzymałem kolejny towar niskiej jakości w dobrym opakowaniu marketingowym. Nie znalazłem tam wiele akcji, jakiej się spodziewam po takich dziełach.  "Ostatnia noc w Tremore Beach" może spodobać się wielu czytelnikom ze względu na porównywanie do prozy Kinga. Ja jednak uważam, że to dwa różne światy, bez wspólnego mianownika. W tej opowieści brakło mi polotu i głębi w tej historii. Plusem jest zachowanie Petera, gotowego oddać życie za dzieci i byłą żonę. Dla mnie to jednak za mało.
 

Magdalena Witkiewicz, Alek Rogoziński - "Pudełko z marzeniami"

Pisanie w duecie jest zawsze ryzykowne, chociażby ze względu na język każdego autora. W udanej książce czytelnik nie ma prawa domyśle...