środa, 18 maja 2011

Czwartkowa kawa z Jolantą Kwiatkowską


Piter Murphy: Jolu, cieszę się że wyraziłaś zgodę na to spotkanie na moim blogu.  Wszedłem ostatnio na Twoja stronę i nie ukrywam że zaskoczył mnie styl Twojego pisania. Jest bardzo ciekawy, wyczuwa się że masz duży dystans do siebie. Lubisz opowiadać o sobie?

Jolanta Kwiatkowska: Po pierwsze - to nie miałam wyjścia, bo gdzie indziej mi spotkania nie zaproponowałeś. Ale nie tylko nie mam Ci tego za złe, ale nawet nie dziwię się. Oczywiście tylko dlatego, że dzieli nas zbyt duża….odległość.  Piotrze, ja nie opowiadam o sobie. Zanudziłabym i siebie, i niczemu nie winne dusze na „śmierć” i miała jeszcze cięższe sumienie, o ile je mam. Podobno wszyscy mają, to pewnie ja też. Moim wkładem jest tylko klikanie, w dodatku pod przymusem. Na szczęście te moje klepki są już lekko zmurszałe, więc ich naciskowe parcie objawia się tylko czasami.
   Dystans do siebie? Piotrze coś ty najlepszego zrobił? Rozmawiam z Tobą, a moje klepki śpiewają: „Dziadek spał, dziadek spał. A babcia nie spała. Bo dziadek nie wiedział, czego babcia chciała” i wystukują „bugi-ugi, dżez!” o wielorakim dystansie. Chcąc nie chcąc będę musiała znów zmęczyć palce, żeby  wklikując na blog, pozbyć się tego upiornego hałasu.

PM: Debiutowałaś "Jesiennym koktajlem" który został bardzo dobrze przyjęty i zjednał Ci wielu czytelników. Na jednym z portali literackich ktoś napisał że ta książka to "podwójna dawka prozaku ". Czy czujesz że Twoje książki leczą dusze ludzi przez optymizm jaki z nich płynie?

JK: Nie czuję, czując jak pomnaża się we mnie. Tylko tyle i aż tyle. A tak całkiem na poważnie (czasami mi się to zdarza) to „Jesienny koktajl” powstał dzięki wrodzonej przekorze, nie mojej, tylko tego czegoś we mnie, co wkurzyło się, słysząc w telewizji: „Samochód potrącił na pasach sześćdziesięcioletnią staruszkę”. Ja – gdybym mogła dorwać tego „starego” reportera, to bym mu pokazała, co potrafi młoda inaczej. Z przyczyn obiektywnych nie mogłam, ale dusiłam się od kurzu, więc wymiotłam go wprost do komputera, popijając przy okazji pyszny jesienny koktajl zmieszany z winkiem ryżowym. Podałam na niego przepis, ale tylko dla młodych bez względu na wiek.  

PM:
Twoje kolejne książki również są przepełnione humorem i optymizmem. Skąd czerpiesz inspiracje do powieści? Bohaterowie są postaciami wymyślonymi od początku do końca, czy też jest w nim część  kogoś Ci znanego?

JK:
Ja, nieskromnie mówiąc, jestem lepsza od Salomona. On z pustego nie nalałby. Ale ja nie jestem Salomonem i nie nalewam. ;-) Ja tylko pukam się w czoło i pytam: „Jest tam kto?” a odpowiada mi klikająca klawiatura. I jej odpowiedzi spisuję na papier. Potem coś poprawię, rozszerzę albo wyrzucę – wprost mówiąc - wtrącę swoje trzy grosze.

PM: Julio Cortezar w swojej powieści  "Gra w klasy " zadał  znamienne pytanie : "Do czegóż służy pisarz, jeżeli nie do burzenia literatury? " Ciekaw jestem co sądzisz o tych słowach.
JK: Nie odpowiem Ci na to pytanie. Odpowiedział już pisarz, którego cytujesz i to w tej samej powieści: „ Człowiek za każdym razem myśli, że coś wytłumaczy, i tylko brnie dalej. Tłumaczenie jest zakamuflowanym błędem Zapamiętaj to sobie”.

PM: Jak odpoczywasz Jolu? Czy pisanie traktujesz jako pracę, czy też jako ucieczkę od codziennej rutyny, a może jest jakimś sposobem na pokazanie swojego  "ja "?.

JK: Napracować, to już się napracowałam. Swoje ja – pokazuję tylko sobie. Co prawda na blogu już się ujawniły dwa moje ja. W porę przytrzymałam cugle, żeby reszta też nie wyskoczyła. Nie wiem tylko czy długo uda mi się je powstrzymać, bo już się zapowiedziały z blogową wizytą do czasowo myślowej notatkowej kawiarenki.
   Uciekać nie mam przed czym, ani przed nikim. Za to czas mi ucieka, więc postanowiłam go przechytrzyć i żyć życiem zwielokrotnionym. Założyłam na nogi siedmiomilowe buty a na głowę czapkę niewidkę. Trzymaną w ręku czarodziejską różdżką sprawiam, że wnikam w różne postaci i wraz z nimi przemieszczam się w czasie, przeżywając kolejne życia. Przyznasz, że trudno byłoby się powstrzymać, nie opisując, w kim byłam i co z nim przeżyłam w sytuacji, gdy już jak wcześniej Ci powiedziałam, sami odpowiadają na moje pukające pytanie, szyfrując wszystko klikająco.
 
PM: Jedna z teorii mówi że o pisarzu można wiele powiedzieć po stylu w jakim pisze. To dotyczy jego wnętrza, wielu nawyków, uważa się że pisarz nieświadomie przenosi swój świat na łamy książek - mechanizm projekcji. Co o tym sądzisz? Jaka jest część Jolanty Kwiatkowskiej w postaciach które stworzyłaś?

JK: Nie wiem. Wszystko, co Ci dotychczas powiedziałam, udowadnia, że nie jestem pisarzem. Ja tylko zamieniam słowa w wyrazy. Zdania w wiersze stron, a strony w kartki. Nie mogę przenieść swojego świata z dwóch powodów. Pierwszy, nie udźwignęłabym go. Drugi, jestem ciut egoistką, ale na tyle dużą, że tupiąc nogą, mówię: „Nie, swojego jedynego ja, nie oddam nikomu. Te inne moje ja, proszę bardzo”. I dzielę się z nimi w każdej mojej książce. I w tych, które już zostały wydane i w tych, które może wyjdą z szufladowej ciemności i ujrzą światło. Te różne mnie są w tych białych miejscach między wierszami, ale ubrane w sympatyczny atramentowy strój.     

PM: Ostatnio podpisywałaś swoje książki na Warszawskich Targach Książki. Co czuje pisarz kiedy podchodzą obcy ludzie i dziękują za ksiażki które napisałaś? Jest wzruszenie, łzy, a może coś więcej?

JK: Piotrze, przecież znasz odpowiedź. To jedna z tych emocji, których opisać nie sposób. Przynajmniej to moje i tylko moje – ja, nie znajduje odpowiednich słów w żadnym języku. Ale żeby pytania nie zostawić bez odpowiedzi, to powiem, że mnie nie stać, żeby wydać książkę za własne pieniądze. Czyli, gdyby nie wydawca, nie mogłabym doświadczyć tych wszystkich wspaniałych chwil. Moje „pisklaki” wyfrunęły w świat dzięki Pani Dorocie z wydawnictwa MG. I to Jej zawdzięczam moje wzruszenie, łzy i wielką radość.

PM: Kiedy możemy spodziewać się kolejnej powieści? Możesz zdradzić czytelnikom o czym tym razem opowiesz w nowej książce?

JK: Trzy tytuły są już gotowe. Czy się ukażą i kiedy – nie wiem, ale mam nadzieję, że tak. Czwartą właśnie skończyłam i na razie jest w rękach rodzinnych krytyków i redaktorów. Od trzech lat czeka jedno biedne pisklę, ale bardzo przeze mnie ukochane. Nie mogę znaleźć ani matki, ani ojca, którzy chcieliby je adoptować. Myślę, że dlatego, iż jest „brzydkim kaczątkiem” i przy nim trzeba zdjąć różowe okulary, rozejrzeć się we wszystkie strony i dostrzec, że dobro miesza się ze złem.
   W każdej z książek staram się moją pokrętną logiką i czasami przekornością opowiedzieć o tym, że nikt z nas nie wie, jaki prezent przyniesie nam przeznaczeniowy Mikołaj. Dlatego warto się zatrzymać i cieszyć chwilą.   

PM: Dziękuję Jolu za miłą rozmowę i do zobaczenia.

JK: Dziękuję słownie i dużym uśmiechem. 


Blog autorki znajdziemy pod tym adresem.


Prześlij komentarz

Matthew J. Kirby - " Powiększ Assassin’s Creed: Ostatni potomkowie. Grobowiec chana"

  Zacznę od okładki . Jest wyjątkowo nieudana i jak dla mnie grafik niezbyt postarał się o coś, co będzie przyciągało wzrok. Okładka prz...