czwartek, 8 marca 2012

Wywiad ze Zbigniewem Masternakiem "Eksperyment zwany życiopisaniem".


Piter Murphy
: Witam Cię serdecznie Zbigniewie i dziękuję za to, że   zgodziłeś się na tę rozmowę. Mam w zwyczaju proponować moim gościom na początek rozmowy filiżankę kawy lub herbaty.

Zbigniew Masternak: Wolę wodę mineralną niegazowaną…

PM: Kiedy w księgarni natknąłem się na „Chmurołapa” Twojego autorstwa i pobieżnie przeczytałem wybrane losowo strony, wiedziałem już że muszę do Ciebie dotrzeć i zaproponować Ci rozmowę. „Chmurołap” to Twoja druga książka, którą chyba jednak trudno jest obsadzić jednoznacznie w ramach literackich. Jest jakby naturalnym ciągiem debiutanckiej powieści „Niech żyje wolność”. Skąd pomysły na te powieści?

ZM: Pomysły podsuwa życie. Tak jest w przypadku wszystkich części mojego cyklu „Księstwo”. Najpierw żyję, a potem opisuję, taka jest prosta zależność. Nigdy nie przedłożyłbym literatury ponad życie.

PM: Jesteś szalenie uzdolnionym człowiekiem. „Chmurołap” jest opowieścią o Tobie, o Twoim dojrzewaniu. Nie ukrywasz tego. Nie obawiałeś się tak dużego ekshibicjonizmu i powrotu do przeszłości, do okresu adolescencji? Czasami to bolesny okres.

ZM: Czasem czuję się jak biolog. Przeprowadzam na sobie eksperyment, który nazywa się „życiopisanie”. Jedną rękę wkładam do ognia, a drugą opisuję, czy i jak boli. Dla niektórych takie eksperymenty źle się skończyły. Na przykład dla Stachury. Mam nadzieję, że mnie spotka inny los.

PM: W 2009 roku napisałeś scenariusz filmowy „Jezus na prezydenta”. Zastanawiam się nad genezą jego powstania  tego utworu. Chciałeś zaszokować potencjalnego odbiorcę, wywołać skandal? A może chodziło o autopromocję?

ZM: Po prostu zadałem sobie pytanie, czy rzeczywiście paruzja, czyli drugie przyjście Jezusa na ziemię rzeczywiście nastąpi. I co by było, gdyby to się stało teraz, w Polsce. Książka wywołała duży skandal, ale można ją było lepiej dopracować.

PM:
Na podstawie jednego rozdziału „Scyzoryk” pochodzącego z opowiadania „Stacja Mirsk” powstał film, którego byłeś współproducentem. Z kolei w 2011 roku Andrzej Barański zrealizował film „Księstwo” na podstawie Twoich trzech książek. Premiera odbyła się w Gdyni w 2011 w czasie 36 przeglądu FPFF, a światowa miała miejsce w lipcu 2011 w Karlovych Varach.  Jak czuje się autor, którego książka, albo jej fragment  doczekała się ekranizacji?

ZM: Znacznie ważniejszy od „Stacji Mirsk” jest dla mnie film „Księstwo” z 2011 roku w reżyserii Andrzeja Barańskiego, który w znacznym stopniu bazuje na powieści „Niech żyje wolność”. To udana adaptacja, sporo w tym filmie mnie samego, więc jestem zadowolony. Nie obraziłem się na reżysera, jak to często bywa pomiędzy pisarzami a filmowcami. Najlepszym dowodem niech będzie fakt, że Barański przygotowuje kolejną adaptację mojej trylogii „Księstwo”.

PM:
Uważasz, że wiele osiągnąłeś w świecie literackim? Jak wysoko mierzysz?

ZM: Nie, to dopiero początki, jestem jeszcze takim literackim juniorem. Niektórzy prozaicy zaczynali w moim wieku dopiero pisać. Ja jeszcze dość szybko biegam po boisku za piłką. Jak przestanę, to zajmę się prawdziwym pisaniem.

PM: Jesteś porównywany do Gombrowicza i Żeromskiego. Masz swój własny plan na siebie w swoich książkach?

ZM: Gombrowicz i Żeromski to moi krajanie, więc stanowią ważny punkt odniesienia. Ale jest jeszcze Stanisław Czernik i Wiesław Myśliwski. To ważne dla mnie nazwiska. Przede wszystkim jednak to co piszę, jest moje, bo w znacznym stopniu o mnie. I jeszcze ważniejsze od tych polskich nazwisk są tacy pisarze jak Marcel Proust i Balzac. Pierwszy skupia się na sobie, drugi podgląda społeczeństwo. Mój cykl „Księstwo” stanowi wypadkową tych dwóch idei. Filmy go tylko dopełniają, chociaż stanowią to dość skutecznie.

PM:
Uważasz siebie za skandalistę albo buntownika? Ile jest prawdziwego Zbyszka w Twoich książkach?

ZM: Skandalista, buntownik? Po prostu robię swoje, biorę się za bary z życiem. Nie odpuszczam, bo tego nauczyła mnie gra w piłkę nożną. Nie zawsze gram fair, tego też nauczyłem się na boisku. Niektórzy mogą uważać niektóre moje zachowania za skandaliczne lub buntownicze, ale ja po prostu nie potrafię się powstrzymać, żeby nie oddać, jak ktoś mi próbuje dokopać. Może jakbym pozwolił się bezkarnie kopać, nie byłoby buntu albo skandalu?

PM:
Twoja pasją jest futbol? To taka miłość , jak pisanie, czy też wymaga więcej zachodu? Gdybyś musiał dokonać wyboru, aby wycofać się z pisania, lub futbolu, z czego byś zrezygnował?

ZM: Piłki trzeba się uczyć od dziecka. Tego nie nadrobisz w późniejszym wieku. Możesz być szybki albo silny, ale techniki się nie nauczysz. Żałuję, że nie postawiłem na futbol bardziej zdecydowanie, bo była szansa na profesjonalną karierę. Teraz bym właśnie skończył granie po Euro 2012 i zajął się opisywaniem swoich piłkarskich przygód. Szkoda.

PM: Jak zapatrujesz się na przyszłość na niwie literackiej i sportowej? Jesteś optymistą, czy realistą?

ZM: Jeżeli chodzi o sport, zamierzam grać tak długo, dopóki zdrowie pozwoli. W zeszłym roku wywalczyłem Mistrzostwo Polski w piłce błotnej, w barwach BKS Roztocze Krasnobród. Zostałem też królem strzelców tej imprezy. Postawiłem na jednej półce statuetkę za króla strzelców i medal z mistrzostw oraz moje dzieła zebrane – „Księstwo. Trylogia młodzieńcza”. Taka równowaga, harmonia pomiędzy ciałem i umysłem. W tym roku chcemy obronić tytuł. Jedziemy też na klubowe Mistrzostwa Świata w piłce błotnej do Inverness. Zagramy w otwartych Mistrzostwach Belgii w piłce błotnej. Ponadto jestem kapitanem Reprezentacji Polskich Pisarzy w Piłce Nożnej. Na przełomie maja i czerwca zagramy w Euro Pisarzy, w Krakowie i Charkowie. Trwają przygotowania, gramy sparingi. Jeżeli chodzi o literaturę, mam na warsztacie pięć nowych książek, w różnym stopniu dopracowania, wszystkie z cyklu „Księstwo”. Będę je systematycznie drukował. Trwają też prace nad adaptacjami filmowymi dwóch z nich. Piszę też serial edukacyjny dla dzieci „Plamuchy”. Także jest co robić.

PM: Ile dziennie poświęcasz czasu na pisanie? Pomysły rodzą się w głowie i piszesz na gorąco, czy też misternie układasz plany kolejnych rozdziałów?

ZM: Dziennie wychodzi mi jakieś siedem - osiem godzin, to systematyczna robota. Jak jestem w domu, wstaję o siódmej i piszę do dziesiątej. Potem czas na telefony i korespondencję mejlową. O czternastej idę pobiegać godzinę do lasu. Potem spacer z synem, albo gra w piłkę. Piszę od szesnastej do osiemnastej. Idę na trening piłkarski. Wracam o dwudziestej pierwszej. Piszę do dwudziestej czwartej. Ale około 100 – 130 dni spędzam poza domem, w podróży na spotkaniach autorskich. Wtedy piszę podczas podróży, zwykle w pociągu lub hotelu. Wożę też buty do biegania i biegam wieczorem, po spotkaniach autorskich.

PM: Aktualnie pracujesz nad…?

ZM: To jak już mówiłem, pięć książek oraz serial dla dzieci. Chcę napisać w tym roku kolejny scenariusz filmu pełnometrażowego.

PM: Mówiłeś o mistrzach literackich. Nie mogę nie zapytać o Twoich mistrzów sportowych?

ZM: Bardzo ceniłem sobie takiego zapomnianego nieco napastnika czeskiego Pavla Kukę.

PM: Bywasz na spotkaniach z czytelnikami. Co o nich sądzisz? Takowe spotkania są potrzebne? Wnoszą coś do Twojego życia?

ZM: W tym roku tych spotkań będzie około stu, co znaczy, że chyba są dla mnie ważne, skoro poświęcam na nie 1/3 roku. To nie tyle dodatkowe źródło dochodu, co możliwość zbierania doświadczeń i obserwacji do nowych książek. Za biurkiem trudno wysiedzieć ciekawe historie, chyba że się jest Franzem Kafką albo Fernando Pessoą.

PM: Co kochasz w życiu najbardziej, a czego najbardziej nienawidzisz?

ZM: Staram się na życie patrzeć z wielu perspektyw i czasem to, co  nienawidzisz, okazuje się bardzo ważne i odwrotnie, to stan płynny.

PM: Dziękuję za rozmowę. Było mi niezmiernie miło Ciebie gościć. Życzę kolejnych sukcesów literackich i adaptacji filmowych Twoich książek.

ZM: Zdrowia przede wszystkim.





Prześlij komentarz

Colson Whitehead - "Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki"

 Co roku staram się czytać laureatów prestiżowych nagród literackich na świecie, w tym Politzera. Historia opowiedziana przez autora wym...