sobota, 2 czerwca 2012

Wywiad z Janem Antonim Homa

Piter Murphy: Witam Ciebie Janie i dziękuje, że przyjąłeś propozycje tej rozmowy. Jest mi niezmiernie miło z tego powodu. Mam w zwyczaju proponowanie na początek moim gościom kawę lub herbatę. Czym mogę Ciebie poczęstować?

Jan Antoni Homa: Przede wszystkim bardzo dziękuję za zaproszenie. Poproszę o małą kawą na rozgrzewkę i dużą herbatę na ciąg dalszy.

PM: Janie. Jesteś muzykiem i pisarzem. Malujesz dźwiękami i słowem. Ja nie miałem okazji słyszeć, jak grasz, ale miałem okazję czytać jak piszesz. Twoja ostatnia powieść (dla mnie póki co jedyna przeczytana) zrobiła na mnie duże wrażenie. Ile czasu pisałeś „Ostatni koncert”? Skąd pomysł na tę książkę?

JAH: Może kiedyś uda się zorganizować spotkanie, na którym wystąpiłbym w podwójnej roli. Wracając jednak do „Ostatniego koncertu” – książka powstawała przez rok. Po zmaganiu się z problematyką trochę cięższego kalibru odczułem potrzebę, aby ponownie wcielić się w postać Bartosza Czarnoleskiego (bohatera „Altowiolisty”), który czasami dopraszał się w mojej głowie kontynuacji. To był odpowiedni czas.

PM: 
Wyobraźmy sobie taką sytuację, oczywiście hipotetycznie. Bóg mówi do Ciebie – Janie, musisz mi oddać jeden swój talent. Sam wybierz który. Co byś sobie zostawił? Bez czego nie możesz żyć?

JAH: Pytanie, co nazwiemy talentem, a co – wynikiem pomysłu na siebie i ciężkiej pracy? Być może pozbawieni szansy wykonywania ulubionych zajęć odkrywamy w sobie pociąg i zdolności do innych? Kto wie, czy nie największym talentem jest, aby dostrzegając wszystkie niedoskonałości naszego świata, mimo wszystko nie przestać go lubić. W opisywanej przez ciebie – hipotetycznej oczywiście – sytuacji, mógłbym poprosić: Boże, nie zostawiaj mnie na tym padole bez umiejętności współczucia.

PM:
Napisałeś już trzy powieści. Która jest dla Ciebie najważniejsza?

JAH:
„Kręgi albo kolejność zdarzeń” powstały z potrzeby serca i są zarazem najbardziej literacką próbą. Im przyznałbym więc pierwszeństwo. Co nie znaczy, że moje nieco bardziej komercyjne dzieci – „Altowiolistę” i „Ostatni koncert” –  traktuję po macoszemu (po ojczymsku?). Każda jest cząstką mnie. Nad każdą pracowałem – jak mówi Norwid – w pocie swego czoła.

PM:
Skąd czerpiesz pomysły na swoje historie?

JAH: Wyobraźmy to sobie w następujący sposób: każda powieść istnieje, a zadaniem pisarza jest wyłapywanie jej poszczególnych elementów i łączenie ich w całość. Ale do tego wyłapywania trzeba być gotowym we dnie i w nocy, bo nigdy nie wiadomo, kiedy dany fragment właśnie przelatuje koło głowy…
Inną metaforą jest głaz, przed którym staje rzeźbiarz; przecież forma jaką twórca nada materii, w pewnym sensie jest już w niej zawarta.

PM: Jakie były początki Twojej przygody z własną powieścią? 

JAH: Pomysł na pierwszą książkę (a mówimy o czasach wcale nie tak zamierzchłych) narodził się po napisaniu kilku opowiadań. Doszedłem do wniosku, że bardziej złożona fabuła ma po prostu większe szanse zaistnienia na rynku wydawniczym. Poza  tym, próba taka miała dać mi odpowiedź na istotne pytanie: czy będę w stanie udźwignąć większą formę? Naplątać i rozplątać? Nie chcę przez to powiedzieć, że pisanie opowiadań jest łatwiejsze; jako bliższe poezji, wymaga niesłychanie precyzyjnego operowania słowem. Ale ja tęskniłem za dużą formą epicką; rzucenie się w jej wir pociągało mnie niczym niesamowita przygoda. I jest tak do dziś, ilekroć skaczę po raz kolejny. Zawsze tylko powtarzam sobie: musisz uwierzyć, że u podnóża góry znajduje się jeziorko lub przynajmniej łąka…
A tematyka „Altowiolisty”? Otóż wziąłem bohatera, który w środowisku muzycznym traktowany jest trochę jak blondynka, obdarzyłem go paroma niestandardowymi cechami, a u jego boku postawiłem wspaniałego wilko-psa. W znany mi świat muzyczny wpuściłem parę kropli sensacji, zagadki i akcji. Chemia zadziałała, wywar zaczął powoli bulgotać i… tak to się zaczęło.

PM:
Kiedy zaczynasz pisanie kolejnej książki, robisz skrupulatne notatki, rozrysowujesz postacie i piszesz szczegółowy plan? A może robisz jak część autorów, to znaczy dajesz się poprowadzić klawiaturze?

JAH: Poddanie się klawiaturze sprawdza się w moim przypadku na małych odcinkach. Gdy chodzi o większą formę, prędzej czy później zawiodłoby mnie na manowce. Nie wyobrażam sobie, aby budząca respekt fabuła mogła być dziełem wyłącznie improwizacji. Z kolei sztywne trzymanie się nakreślonego planu może krępować skrzydła fantazji, więc nie warto padać ofiarą nazbyt ortodoksyjnych założeń.

PM: Prześledziłem recenzje blogerów, oraz recenzje w sklepach internetowych odnośnie Twoich książek.  Czytelnicy Ciebie kochają. Liczba Twoich fanów sukcesywnie ulega powiększeniu.

JAH:
Ująłbym to inaczej; moja sympatia wobec ludzi wraca do mnie pod postacią sympatii dla moich bohaterów. Dla pisarza – transakcja idealna. A jeśli chodzi o Czytelników; uwierz mi, w każdym przypadku jest to indywidualna historia. Inna reakcja zwrotna. Nikt nie odczyta tych samych słów w identyczny sposób. Więc moim zdaniem, zamiast więzi pisarz – czytelnicy, można raczej mówić o relacji pisarz – czytelnik. Właśnie tak, jeden na jeden, w liczbie pojedynczej.

PM:
Postacie z Twoich książek są autentyczne. Mam wrażenie, że to ludzie których znam i mijam na ulicy. Każda postać jest do końca fikcyjna?

JAH:
Większość jest wymyślona całkowicie (choć czy można człowieka wykreować tak zupełnie od podstaw?). Niektóre zawierają jakieś cechy postaci prawdziwych. Jedynie w przypadku kilku dyrygentów zakodowanych w „Altowioliście” mówiłem o rzeczywistych osobach. Mam jednak wrażenie, że jeśli postać – bez względu na stopień swej fikcyjności – jest zbudowana z krwi i kości (a także ducha), będzie wydawała się żywą i prawdopodobną. Czy wręcz – jak mówisz – znajomą.

PM: Ostatnio wziąłeś udział w projekcie utworzonym przez blogerów na wspólne napisanie opowiadań i wydanie w formie ebooka. Jakie są twoje obserwacje w związku z tym przedsięwzięciem?

JAH: Piotrze, przy okazji chciałem i Tobie pogratulować udziału w projekcie! Tak, rzeczywiście, prowadzę bloga literackiego i pewnie to zadecydowało, że miałem przyjemność znaleźć się w gronie dwudziestu siedmiu współautorów „Szkiców z życia”. Jest dla mnie znamienne, że tak wiele osób czuje potrzebę ekspresyjnej wypowiedzi, próbuje opisywać świat wewnętrzny i zewnętrzny nie za pomocą języka codziennego, a formy literackiej. Starając się coś przekazać w sposób zrozumiały, a jednak unikalny, sami porządkujemy i obłaskawiamy  niełatwą, chropawą, nieprzyjacielską czasem, rzeczywistość. Artyści są wśród nas. Proszę, zrozum mnie dobrze; używając słowa „artysta” nie mam na myśli osób, które same siebie określają tym mianem, tylko ludzi otwartych na wołanie świata, i gotowych na to wołanie odpowiedzieć z twórczą wrażliwością.

PM:
Jakie jest Twoje zdanie dotyczące wydawania książek w  formie cyfrowej? Czy ebooki w Polsce czeka świetlana przyszłość?

JAH: Myślę, że tak. Ich ekspansja to proces zgodny z trendami technologicznymi, który w pewnym momencie dozna zapewne gwałtownego przyspieszenia. Produkcja ebooka jest łatwiejsza niż wyprodukowanie książki materialnej, choć cały proces pracy merytorycznej nad tekstem (redakcja, korekta) pozostaje niezmienny. Papier czy e-papier – jeden i drugi są nośnikami tych samych treści. Niektóre wydawnictwa już dziś publikują książki w dwóch formach: tradycyjnej i elektronicznej. I to jest chyba najlepsze rozwiązanie; ja sam nie chciałbym, aby papierowe książki zniknęły z półek księgarni (bo i księgarnie by wówczas zniknęły).

PM:
Aktualnie pracujesz nad nową książką?  Jeżeli tak, to o czym ona opowiada? Uchylisz rąbka tajemnicy?

JAH:
O ile w książkach można wybiegać w przyszłość, o tyle w wywiadach lepiej odnosić się do tego, co było i co jest. I teraz chyba Cię zaskoczę. Otóż moja kolejna książka, zatytułowana „Figury niemożliwe”, już istnieje. To właśnie jej pisanie wypełniło mi dwa intensywne lata pomiędzy „Kręgami” a „Ostatnim koncertem”. Ze względu na spore rozmiary oraz klarowny podział na części („Człowiek który zapalał gwiazdy”, „Pod czerwoną kopułą”, „Prestidigitator”), powieść zostanie prawdopodobnie wydana w trzech odsłonach. Mówiąc w największym skrócie, są to historie: sztukmistrza, linoskoczka i kieszonkowca, na drodze których staje tajemnicza postać…

PM: Nie sposób nie zapytać o Twoje inspiracje  muzyczne i literackie. Kto jest twoim guru? Po czyje książki sięgasz najczęściej?

JAH: Na to pytanie chciałbym odpowiedzieć nieco przewrotnie, dzieląc się listą książek, które aktualnie tworzą na moim biurku imponujące formy architektoniczne. Mamy tu: poezję i prozę Miłosza, „Szkice piórkiem” Andrzeja Bobkowskiego, „Chwile oderwane” Konstantego Jeleńskiego. Jest „Boska komedia” Dantego, „Nieboska komedia” Zygmunta Krasińskiego i „Nieludzka komedia” Jerzego Franczaka. Są „Wyznania” świętego Augustyna i „Albo – albo” Sørena Kierkegaarda. Przygnieciona powyższymi tomami spoczywa praca zbiorowa pod nazwą „Mickiewicz mistyczny” oraz faktograficzna „Historia luster i zwierciadeł”. Dalej mamy „Fausta” Goethego, „Doktora Faustusa” Tomasza Manna, „Mistrza i Małgorzatę” Michaiła Bułhakowa oraz „Doktora Twardowskiego” Jerzego Broszkiewicza. Z polskich autorów jest jeszcze „Ziarno prawdy” Miłoszewskiego, „Korzeniec” Zbigniewa Białasa, felietony Zygmunta Kałużyńskiego, „Łąka umarłych” Marcina Pilisa, książki Jerzego Pilcha, „Dzienniki gwiazdowe” Stanisław Lema, niedawno pojawił się – nowy dla mnie – Janusz Zajdel.  Jest Erich Maria Remarque „Stambuł” Orhana Pamuka, „Kafka nad morzem” Haruki Murakamiego, „Żart” Milana Kundery, „Żywoty” Giorgio Vasariego… Nie dojechałem jeszcze do połowy… Co chwila zresztą któryś z elementów wraca na półkę, ale musi być zastąpiony przez inny, aby konstrukcja nie runęła… Wkrótce zostanie zasilona „Księgą kłamców” Mariusza Zielke oraz „Widmami”  Łukasza Orbitowskiego.
Jak widzisz, staram się różnicować lektury, w przekonaniu, że życia i tak nie starczy na przeczytanie (wysłuchanie, obejrzenie) wszystkiego, co jest tego warte. Ostatnio wpadł mi w ręce „Portret podwójny” – wyłaniająca się z korespondencji historia przyjaźni Jarosława Iwaszkiewicza i Czesława Miłosza. Czytając „Kroniki tygodniowe 1927-1931” Antoniego Słonimskiego niejednokrotnie przecieram oczy ze zdumienia; aktualność niektórych tekstów jest tak wielka, że z powodzeniem mogłyby służyć jako ilustracja współczesności.

PM: Piszesz o określonych porach, czy zdajesz się na czas wolny i wtedy otwierasz komputer i tworzysz? Masz w związku z tym określone przyzwyczajenia?

JAH:
Jako muzyk, pracuję albo rano (próby), albo wieczorem (koncerty) –  więc trudno o jednoznacznie ustalony rytm. Kiedy jednak jestem głęboko zaangażowany w pisanie, poświęcam temu praktycznie każdą wolną chwilę. Przyzwyczajenia? Tak, jest jedno, za to kluczowe. Otóż uwielbiam pisać… biegając. Moją kartką papieru staje się wówczas dyktafon.

PM:
Swoje pisanie traktujesz jak misję?

JAH: Raczej szansę dzielenia się sprawami, które są dla mnie ważne. Obu książkom kryminalnym towarzyszy warstwa muzyczna. Może – przy okazji rozwikływania intrygi – któryś z Czytelników zechce posłuchać utworów, o których piszę? Moje słowa są niczym więcej jak zaproszeniem do intelektualnej, estetycznej – ale przede wszystkim emocjonalnej – awantury. 
„Kręgom” towarzyszy poczucie kolosalnej krzywdy, która codziennie dotyka miliony zwierząt. W głowie głęboko utkwiło mi usłyszane kiedyś zdanie: nie możesz uratować wszystkich psów (kotów, ptaków, koni…) świata, ale możesz ocalić cały świat dla jednego z nich.
Sam jednak nie lubię literatury propagandowej i dydaktycznej, więc staram się, aby wspomniane treści były obecne w moich książkach jako kontrapunkt i tylko dla tych, którzy mają ochotę je wyłowić.

PM: Czytujesz recenzje swoich książek?

JAH: Oczywiście. Są jak lustra, w których piszący może się przejrzeć. Czasami obraz pokrywa się z jego wyobrażeniami, kiedy indziej dostrzega nowe dla siebie elementy – co jest oczywiście bardzo ciekawe. Ale zdarzają się i krzywe zwierciadła. No cóż; wtedy trzeba sobie powiedzieć: trafiłem do wesołego miasteczka. Przede mną jeszcze beczka śmiechu, gabinet figur woskowych i… diabelski młyn.

PM: Kiedy myślę o Twoich książkach, widzę mężczyznę przy oknie ze skrzypcami. Tworzysz w odosobnieniu, w samotności? Towarzyszą temu dźwięki, czy wolisz ciszę?

JAH:
Pisanie w tłumie nie jest możliwe. Efekty pisania mogą zostać upublicznione, ale samo pisanie to czynność intymna. Pisanie to ogromny wysiłek, o którym Murakami powiedział: Pisarz wkłada na siebie kombinezon, który nazywa się narracją, i myśli całym swoim jestestwem. Proces ten wymaga od niego wprzęgnięcia do pracy wszystkich sił – często ponad miarę. („O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu”)
Dlatego wolę ciszę. Dźwięki – w całkiem sporej ilości – towarzyszą mi w innych okolicznościach.

PM:
Jesteś muzykiem. Muzyka i pisanie wymagają określonej wrażliwości, słuchu i cierpliwości. Nie pojawia się czasami bunt i zniechęcenie?

JAH: A kto z nas nie ma czasami dość? Kiedy wszystko idzie opornie, pod górę, pod wiatr… Nasze wysiłki spychane są w doliny obojętności i rowy zniechęcenia. Obrana droga wydaje się żmudna i bezcelowa…
Ale, odwagi. Jeśli tak jest, to znaczy, że przesilenie blisko. Wkrótce świat wokół nas odzyska żywe kolory…

PM:
Dziękuję za rozmowę i życzę kolejnych, ciekawych książek i wielu wiernych czytelników.

JAH: To już koniec? Miło się gawędziło. I ja bardzo dziękuję. O, zobacz, herbata właśnie się skończyła…
I jeszcze słowo komentarza do zdjęcia. Wyraz rozanielenia na mojej twarzy nie wynika z zachwytu własną prozą, tylko z faktu, że gościnny gospodarz domu, w którym spędzaliśmy wakacje, przyniósł mi w upalne południe talerz oliwek i kielich zmrożonego wina. Prawdziwa idylla pisarza. Nie muszę chyba dodawać, że codzienność pisarza nie jest aż tak różowa.


Prześlij komentarz

Simona Kossak - "O ziołach i zwierzętach"

 Wiele dobrego słyszałem o autorce, dlatego postanowiłem przeczytać coś jej autorstwa. Mój wybór był przypadkowy, a może jednak nie? Naz...