wtorek, 16 czerwca 2015

Eliza Kennedy - "Biorę sobie ciebie"

 Kolejny debiut porównywany do historii Bridget Jones. Przeczytałem superlatywy płynące od wydawcy i chciałem przeczytać coś  lekkiego i zarazem zabawnego.
Siedem dni do ślubu. Zjeżdżają się goście, drużbowie i trwa ogólne zamieszanie. Panna młoda Lily nie jest do końca pewna tego, czy oby nie pospieszyła się ze ślubem. Kiedy na horyzoncie pojawia się były chłopak, a ona sama wiernością nie grzeszy sprawy się komplikują. Przyszła teściowa, wpływowa kobieta z prawniczych kręgów wchodzi w posiadanie dokumentów, które mają ją skompromitować w oczach syna. 

 Spodziewałem się zupełnie innego, humoru znanego mi z ksiązek panny Jones. Tutaj niestety dostałem historyjkę z płytkimi dialogami, historyjkami jakie mnie nie przekonały i ogólnym wielkim chaosem.

Każdy kolejny dzień, a jest ich jak wiadomo siedem zmienia wszystko w  życiu Lily. Osobiście nie znoszę tego typu kobiet - niezdecydowanych, lawirujących na życiowych przyjemnościach, unikających konsekwencji swoich działań.

 Być może wina tkwi we mnie, gdyż sam odrzucam zachowania tego typu i ogólnie ich nie akceptuję. Miało być zabawnie - nie było, miało być inteligentnie - nie było. Czytanie o niedojrzałych kobietach zachowujących się jak rozwydrzone nastolatki nigdy mnie nie bawiło. Czym ma być ta książka? Mottem w stylu zdradzaj i rób wszystko, aby tobie było dobrze, inni się nie liczą? Niestety, mnie takie teksty nie bawią. Może jestem za poważny, a może jestem zbyt dojrzały? Jak dla mnie to stracony czas.
Prześlij komentarz

Dean Koontz - "Pieczara gromów"

 Autora cenię za jego warsztat literacki, ale po raz pierwszy spotykam się z tak słabym utworem, wychodzącym spod jego pióra. Historia ro...