piątek, 9 czerwca 2017

Umi Sinha - "Miejsce na ziemi"

 Pewnie pozycja przeszłaby mi koło nosa, gdyby nie zachwyty nad książką jednej z najlepszych współczesnych pisarek polskich. Dlatego postanowiłem zdobyć książkę i przekonać się, czy naprawdę jest rewelacyjna. 

 Autorka pisze o czasach i miejscu, które rzadko są opisywane we współczesnej literaturze. Historia rozpoczyna się obserwacją  ojca w czasie przyjęcia przez córkę, który chwilę potem otrzymuje od żony prezent i popełnia samobójstwo. To otwiera całą historię jej późniejszego życia. Akcja dzieje się w XIX i XX wieku. Mamy tutaj listy, mamy tutaj dialogi, często mocno okrojone, co pozostawało we mnie niedosyt, mamy wojnę i mamy miłość. Ogólnie jakoś nie poczułem wielkiego zachwytu. Gubiłem się w obcobrzmiących nazwach indyjskich. Nie muszę wiedzieć, jakie słowo oznacza mamę i tatę itd. Zapożyczonych słów bez tłumaczenia jest więcej. A języka hindi nie znam.

 Ogólnie w "Miejscu na ziemi" panuje chaos. Miałem wrażenie, że autorka na pewnym etapie przestała  panować nad tym co pisze i zaczęło ją to męczyć. Sinha umieszcza kolejne wątki, aby za chwilę przeskoczyć w inne miejsce. Zmęczyła mnie ta książka. Plusem jest egzotyka, zupełnie mi obca kulturowo. Jednak to za mało w ogólnym rozrachunku.

 Całość nie wypadła najlepiej. W utworze wieje sztucznością. Do tego tempo jest żółwie, nie pomaga nawet przeskok w czasie i listy.  Dlatego z czystym sumieniem nie polecam. 
Prześlij komentarz

Michael Lewis - "Wielki szort"

 Książka wpadła w moje ręce przypadkowo. A podobno nie ma przypadków. Ta książka tąpnęła moją wiedzą na temat instytucji zajmujących się...