czwartek, 9 czerwca 2011

Czwartkowa kawa z Katarzyną Enerlich


Piter Murphy: Kasiu, poszperałem trochę w Internecie szukając wywiadów itd. Dowiedziałem się że należysz do „kobiet które żadnej pracy się nie boją”. Szybciej by było chyba wymienić czym się nie zajmowałaś. Pracowałaś w charakterze opiekunki osób starszych, w punkcie informacji turystycznej, w domu kultury, urzędzie miasta itd.  Jesteś kobietą żywiołem. Aktualnie zajmujesz się wyłącznie pisaniem?



Katarzyna Enerlich: Piotrze, bardzo miło, że zanim zadałeś mi pierwsze pytanie, zadałeś sobie trud, by dowiedzieć się czegoś o mnie. To ważna, choć coraz rzadsza cecha dziennikarzy. Rzeczywiście, nie bałam się w swoim życiu żadnej pracy, ale nie dlatego, że lubiłam ją zmieniać. Czasem okoliczności tak się składają, że trzeba coś w życiu przewartościować, czasem coś się po prostu traci bezpowrotnie… Na przykład pasję życia. Tak było w przypadku straty pracy, którą kochałam i która sprawiała mi wielką frajdę. Była moim powołaniem - wtedy, parę lat temu. Byłam lokalną dziennikarką. Pewnego dnia do mojej redakcji przyszedł nowy szef i… zamiótł po swojemu. Kiedy opuszczałam redakcję zrozpaczona, zdezorientowana i bez pomysłu na życie, obiecałam sobie zamykając za sobą drzwi: ja wam jeszcze pokażę. I tak będę pisać…
Dziś myślę, że gdyby nie utrata pracy WTEDY, pewnie DZIŚ nie zostałabym pisarką. Bo czasem zamykają się drzwi, by mogły otworzyć się wrota. Tak mówi moja włoska przyjaciółka Miriam, której wiele zawdzięczam…
Zatem – wszystko w życiu jest po coś i dzieje się, w ogólnym rozrachunku, dla naszego dobra. Nawet ostry życiowy zakręt, który wtedy dopadł mnie, zaraz po ciężkiej chorobie i wielu innych zmianach i stratach. Dziś gdy to wspominam, wiem, że wszystko było potrzebne… Bo dzięki temu dotarłam do miejsca, w którym jestem teraz. Potrzebowałam jednak czasu, by to zrozumieć.


PM: Jesteś pisarką, dziennikarką, poetką i malarką. Masz rozliczne talenty, które wykorzystujesz. Co jest dla Ciebie najbardziej ważne? Jaką rolę pełni pisanie w Twoim życiu, a jaką poezja i malowanie?

KE: Dziennikarką byłam. Poetką – no tak… wciąż jestem, choć w swoim dorobku mam jedynie udział w antologiach i publikacje prasowe. Czasem publikuję swoje wiersze, które wciąż piszę, na blogu: www.prowincjapelnamarzen.blog.pl.
A malarką… ach, nigdy nią tak naprawdę nie byłam! Gdy miałam dwadzieścia lat, mieszkałam w Toruniu i malowałam obrazy. Zarabiałam pierwsze niewielkie pieniądze. Potem wykonałam jeszcze kilka akwareli, pasteli i portretów i… schowałam farby na strych życia. Co innego mnie pochłonęło i zaabsorbowało - tak zwany chleb powszedni. Gdy miałam 37 lat, spełniło się moje największe i najważniejsze marzenie z dzieciństwa i wydałam pierwszą powieść „Prowincja pełna marzeń”, która spodobała się Czytelnikom. Wtedy postanowiłam kupić nowe farby i sztalugi – na twórczą drogę życia. I cóż… Nagle zabrakło czasu na tę drogę. Na sztaludze stoi obraz Wenecja Andrzeja Filipowicza, mojego ulubionego współczesnego malarza z Grodna.
To pisanie jest treścią mojego życia i jest dla mnie najważniejsze. I chyba już nie chcę robić nic innego – chyba, że mój Wszechświat miałby dla mnie inny plan. Czuję jednak, że jestem na swojej życiowej ścieżce, która wciąż ma dla mnie wiele tajemnic i pięknych spotkań.

PM: Kasiu, mieszkasz na Mazurach czyli w miejscu które jest bliskie wielu pisarkom. Dużo podróżujesz, z Twojej twarzy nie schodzi uśmiech. Masz swoją receptę na bycie szczęśliwą?

KE: Mazury są moją ojczyzną. Mój ród Enerlich pochodził z Prus Wschodnich, śmieję się więc, że miłość do tej ziemi mam w krwiobiegu. Więc pewnie mi łatwiej – o ile istnieje coś takiego, jak pamięć genów.
Podróże stały się treścią mego życia i z każdej coś czerpię. Miejsca, w których jestem, głównie na spotkaniach z Czytelnikami, stają się potem tłem do moich powieści lub opowiadań, które publikuję między innymi w „Bluszczu” i „Natura i Ty”. Lubię być kobietą w podróży. Napisałam o tym w mojej powieści „Kwiat Diabelskiej Góry”: każdy musi kiedyś wyruszyć w podróż zmieniającą życie. Po to, by rozkopać jak ziemię w ogródku swoje przyzwyczajenia i nawyki, bo czasem na dnie życia tworzy się zamulony osad. Takie przemieszanie po prostu się przydaje, bo potem można usiąść w oknie i pomyśleć: życie niech biegnie, a ja dziś odpocznę, zatrzymam się. Złapię ciszę.
W tych słowach jestem ja... Czasem myślę, że podróż to swego rodzaju stan ducha. Holly Golightly, bohaterka „Śniadania u Tiffany’ego” na wizytówce miała napisane „Holly Golightly – w podróży”, co świadczy o jej poczuciu tymczasowości w życiu. Czasem czuję się do niej podobna. Lubię, gdy moje życie płynie wartko jak rzeka, choć niedawno osiadłam w domu na wsi, po trzynastu przeprowadzkach. Bywało, że podczas nich całkiem zmieniałam swoje życie. Zmiany mnie fascynują. Po prostu lubię, gdy moje życie jest rzeką, a nie martwym stawem. Uśmiech? Nie jest stałym „wystrojem” mojej twarzy! Jednak z dzieciństwa pamiętam słowa mojej Mamy, że gdy kobieta się często śmieje, będzie miała ładniejsze zmarszczki. Coś w tym jest! Moja Mama miała taką pogodną twarz…
Zatem i ja chcę być na starość ładniejsza! J A na poważnie, to staram się nie zajmować tym, na co nie mam wpływu. Nie przejmować drobiazgami. Wyrzucić z życia rzeczy – śmieci. Zapomnieć również niepotrzebnych ludzi, gdy mnie zawiodą, zdradzą, zostawią lub skrzywdzą. I żyć bez tego wszystkiego dalej – niczym bez zbędnego balastu. Cieszyć się danym momentem, spotkaniem, przyjaźnią, miłością. Codziennie medytuję i dziękuję Wszechświatowi za (co najmniej…) dziesięć rzeczy, które danego dnia od niego otrzymałam. Mogą to być zupełne drobiazgi, jak pierwsze liście sałaty z własnego ogrodu lub sprawy ważniejsze, jak mądra rozmowa z pokrewną duszą lub... dobre miejsce na „topce” czyli rankingu w Książnicy Polskiej. I jeszcze coś – w każdej, nawet trudnej sytuacji staram się widzieć dobre strony. W ten sposób łatwiej unieść codzienność. Gdybym kiedyś nie zachorowała (opisałam to w „Kwiecie Diabelskiej Góry”), nie spojrzałabym na świat z innej perspektywy i nie zrozumiałabym ludzi stojących niemal „po drugiej stronie” czyli będących w bezpośrednim zagrożeniu życia. Koniec przyjaźni lub miłości to nic innego niż nadchodzący czas na nowe związki i doznania. A utrata pracy – to szansa na nowe doświadczenia. Wszystko, co stało się w moim życiu, jest również pretekstem i inspiracją do moich powieści. Zatem – nic nie stało się niepotrzebnie. Doceniając to, mogę być po prostu szczęśliwa... Staram się taką być… choć czasem ocieram łzy, jak wszyscy!


PM: Kasiu, wydałaś parę książek. Czy historie z książek są do końca fikcją, czy są po części inspirowane Twoi życiem?

KE: Nie ma fikcji doskonałej. Zresztą, po co ją tworzyć, skoro życie plecie tak fascynujące scenariusze? W każdej z moich książek jest trochę mnie i trochę moich znajomych lub przyjaciół. Na przykład „Czas w dom zaklęty” to prawdziwa opowieść mojej Czytelniczki. Dom, w którym nienawiść była wręcz dotykalna, a na piętrze mieszka sąsiadka – oprawczyni, naprawdę istniał. Historia ta stała się pretekstem do rozważań o nienawiści i o ogromie win wobec drugiej osoby. Gdzie leży granica ludzkiego wybaczenia? Jak wiele człowiek potrafi unieść, by mieć jeszcze siłę przebaczyć?
Moja nowa powieść „Kiedyś przy Błękitnym Księżycu” mówi o podobnym problemie. Czy dorosła, bo 43-letnia córka alkoholika znajdzie w sobie siłę, by zrozumieć swoje bolesne dzieciństwo ze skazą w sercu?
Muszę w tym miejscu pozwolić sobie na smutną konstatację. Mało kto zajmuje się dorosłymi dziećmi alkoholików. Pięćdziesięcioletni syn alkoholika nie może liczyć na żadne zrozumienie. A przecież gdzieś musi leżeć przyczyna jego złych relacji z żoną lub dziećmi, wiecznego obwiniania się… Czasem nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo trudne dzieciństwo zakodowało człowieka w jego dorosłości. Tymczasem trudne dzieciństwo nie usprawiedliwia. Ono zobowiązuje.
Moja powieść to próba opisania tego, co dzieje się w duszy dorosłej córki alkoholika. Liczę na to, że z moją bohaterką Barbarą zidentyfikują się setki Czytelników, zwłaszcza tych, którzy nie potrafią otwierać swego serca na mityngach dla współuzależnionych i opowiadać obcym przecież ludziom o największych dramatach życia. Moja bohaterka w zupełnie inny sposób dochodzi do swojej „kropli równowagi”.
Każde z opisanych w tej książce zdarzeń jest prawdziwe. Każde słowo, nawet to brutalne, kiedyś padło. Ta powieść to „patchwork” przeżyć tych, którzy opowiedzieli mi swoje historie. Tylko ja wiem, która z nich należy do kogo. Wszystkim dziękuję na końcu książki.
Gdy ją pisałam, często płakałam. To nie było łatwe…. Dlatego z przyjemnością napiszę teraz zupełnie lekką i pełną słońca kolejną powieść… By zwyczajnie odreagować…


PM: Wiem że aktualnie zbierasz materiały do kolejnej książki. Możesz napisać parę słów o „kolejnym dziecku”?


KE: Będzie to trzecia część Prowincji, od której wszystko się zaczęło. Tytuł to Prowincja pełna słońca. Chcę by było słonecznie i pogodnie, choć zacznie się dość smutno. Ale tak będzie tylko przez chwilę. Każdy z nas zabije kiedyś to, co kocha… Tymi słowami rozpoczyna się moja nowa powieść.


PM: Czy czujesz się spełniona jako pisarka?

Nie! I obym nigdy nie poczuła się spełniona! Bo owo spełnienie nieznośnie kojarzy mi się z bujanym fotelem, ogniem w kominku (bo wszak błogosławiony ten, kto może siedzieć we własnym domu przy własnym ogniu…) i nicnierobieniem. A przecież sens życia jest w ciągłym ruchu, jego pulsowaniu i nieobliczalności! Na przykład dziś spotkałam się z młodą osobą, Julią, która opowiedziała mi wiele pięknych i frapujących opowieści o jej zmarłym miesiąc temu Tacie, którego również znałam. I znów się we mnie tka pomysł na nową powieść... 

PM: Wiem że kochasz zwierzęta i one również mieszkają z Tobą w Twoim mazurskim domu. Z tego co się orientuję mieszkają z Tobą dwa psy i kot. Rozumiem że nie żyjecie jak przysłowiowy „pies z kotem”? Jakie jeszcze masz pasje?

KE: Masz nieaktualne dane! Mam teraz jednego psa i trzy koty. Zdecydowanie jestem bardziej kocią mamą, tak było już w dzieciństwie. Jedna z moich labradorek została uprowadzona przez obcego człowieka i została mi tylko jedna – wierna przyjaciółka życia. Koty są dla człowieka bardzo ważne. Na przykład ze względów zdrowotnych, bo w ciągu godziny jeden kot ujemnie jonizuje powietrze jak trzydzieści paprotek! Jony ujemne są zdrowe i niezbędne do życia. A bombardowani jesteśmy tymi złymi, dodatnimi! Może stąd tyle chorób, migren, zapaleń i ludzkich pojękiwań? Dlatego mieszkam w drewnianym domu i prawie w ogóle nie oglądam telewizji... Mało rozmawiam przez telefon…
Lubię obecność moich kotów, a one lubią moją. Gdy wracam z podróży, czekają na mnie na drodze – wszechwiedzącym kocim zmysłem wiedzą, o której godzinie będę wracać, nawet jeśli to głęboka noc… W kotach fascynuje mnie ich magia. Czasem mam wrażenie, że są łącznikiem między światem dotykalnym a tym, który jest ważniejszy. Choć niewidzialny.
Ludzie dzielą się bowiem na tych, którzy kochają koty i tych, którzy o tym jeszcze nie wiedzą…
A inne pasje? Ach! Mam jeszcze jedną ważną pasję, które obecność do tej pory tylko podskórnie przeczuwałam, a teraz już mam pewność, że jest! To uprawa ogrodu. Moi Rodzice zawsze to lubili, ale odeszli zbyt szybko, bym mogła się przekonać, czy ja też to lubię. Dopiero dom na wsi i kawałek własnej ziemi dały mi te możliwości. Dzień zaczynam wcześnie. Nie mogę spać, gdy na świecie dzieją się same ważne rzeczy. Prawie trzy lata życia w wiejskiej ciszy nauczyły mnie słuchania ptasiego świergotu i odgłosu ogrodu. Czuję jego pulsowanie, szelest rosnących pędów, spokojny oddech podlanych o zmierzchu ogórków.
Moja fascynacja ogrodem stała się udziałem Barbary, mojej bohaterki najnowszej powieści „Kiedyś przy Błękitnym Księżycu”. Ten fragment mówi chyba wszystko: Napotykane na każdym kroku analogie podnosiły mnie na duchu. W pokręconej zielenią i nieśmiałością wobec świata sadzonce ogórka lub dyni widziałam samą siebie sprzed lat, gdy jeszcze nie rozumiałam, na czym polega dobre życie. W panoszącej się goryczkowatym smakiem rzeżusze dostrzegałam śmiałość własnych decyzji. Miękkość i majestat piołunu, zasadzonego w pobliży kapusty, to była moja wiara w samą siebie, którą opędzałam gąsienice moich lęków. Świat ogrodu otworzył przede mną bramę tajemniczości i zachwytu nad światem. Moja przeszłość przestawała już boleć. Miałam wrażenie, że nadszedł upragniony czas wydawania na świat najcięższych owoców.
Bo świat jest pełen porównań. Im więcej dam moim roślinom, tym więcej odbiorę. Jak w życiu. Dobro wraca potrójnie. Zło niestety też, dlatego lepiej dawać to pierwsze… Proste, ale czyż najpiękniejsze jest to, co najprostsze?

PM: Kasiu, było mi bardzo miło wypić z Tobą filiżankę kawy i do zobaczenia może na Mazurach w okresie wakacyjnym. Swego czasu bywałem tam regularnie. Mam przyjaciół w okolicach Kętrzyna. Serdecznie dziękuję i pozdrawiam

KE: Ach, czy ja się na tej kawie za bardzo nie rozgadałam?... Nie? To jeszcze na koniec… Zapraszam Ciebie i wszystkich Czytelników na moją Prowincję…





Katarzyna Enerlich





W przyszły czwartek spotkamy się na kawę z Małgorzatą Kalicińską
Prześlij komentarz

Colson Whitehead - "Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki"

 Co roku staram się czytać laureatów prestiżowych nagród literackich na świecie, w tym Politzera. Historia opowiedziana przez autora wym...