środa, 7 września 2011

Darmowy fragment mojej książki

Darmowy fragment mojej książki "Trzy" dostępnej na RW2010.pl


Ewelina czuła, że ten dzień nie będzie udany. Nie potrafiła tego racjonalnie określić, ale czuła, że coś złego wisi w powietrzu. W nocy źle spała, budziła się parokrotnie rozmyślając dużo o tym, co ją do tej pory spotykało. Wstała wcześnie rano i patrząc w lustro po raz kolejny powtórzyła w myślach, że musi ... że musi coś, choć nie wie jeszcze co w sobie  zmienić. Pod oczami pojawiły się pierwsze wory i zmarszczki mimiczne, a to wyjątkowo źle wróży. To prawie tragedia, szczególnie, gdy spotyka to kobietę.
Poranna toaleta i codzienny rytuał – krople gorącej, świeżo parzonej w ekspresie kawy powoli kapały do kubka, dając znak do rozpoczęcia dnia. Leniwie włączyła komputer, sprawdzając prywatną pocztę. Nic ważnego. Jak zwykle jakieś grupowe wiadomości, których nawet nie czytała, od razu lądowały w folderze „spam”. Powoli odsunęła krzesło i podeszła do dużego okna. Parę lat temu otrzymała ten apartament na Mokotowie jako rekompensatę po rozwodzie.
Rekompensata... Za cenę mieszkania można zwolnić się z przysięgi małżeńskiej, po prostu dać sobie spokój i  zafundować komuś namiastkę wynagrodzenia za... straty? Przecież miała żyć z nim na zawsze, do końca dni, tak jak sobie przysięgali. Błędy młodości...? Zaraz po ślubie zaszła w ciążę i parę miesięcy potem w wypadku samochodowym straciła dziecko. To nie była jej wina. Pijany kierowca w oplu corsie zjechał ze swojego pasa wprost na jej samochód. Nigdy nie winiła siebie za to, co się stało, musiała być silna. Zdawała sobie sprawę, że od tej pory coś nie jest tak, jak być powinno, mąż wracał coraz później z pracy, przestali mieć wspólne pasje, zaczęli życie obok siebie. W końcu przyszedł i powiedział jej wprost, że ma kogoś, że jest mu przykro. Przecież tak jest najlepiej.
Czy jego obchodziło, jak się czuła? Jemu było przykro? Trzy słowa bez większego znaczenia. Nawet wypowiedział je tak po prostu, jakby chodziło o poproszenie o zaparzenie herbaty. Tamtego wieczora zrozumiała, że nigdy jej nie kochał. Była mu potrzebna do awansów w pracy. Sama zajmowała wysokie stanowisko, co jej dawało pewną niezależność i stabilność. Nigdy nie dopuściła do tego, by Jacek to odczuł. Znali się od zawsze, wspólna podstawówka, liceum potem wspólnie ten sam kierunek studiów, oczywiście dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim, nierozłączni, nawet praca w jednym wydawnictwie, a potem w znanej gazecie ogólnopolskiej  .
Z zamyślenia wyrwały ją nagle wibracje telefonu komórkowego. Powoli podeszła do stołu, mając dziwne przeczucia... może nawet lęk, że usłyszy głos kogoś, z kim nie chciałaby rozmawiać... Popatrzyła na wyświetlacz i zobaczyła numer nieznany. – Może nie odbiorę albo odrzucę...? Zwyciężyła ciekawość.
– Halo, słucham - rzuciła do słuchawki ochrypłym głosem.
– Pani Ewelino. Mówi Marcin Szymonowicz. Mam pytanie i jednocześnie dużą prośbę. Czy może pani bezpośrednio po przyjściu do pracy zjawić się u mnie? - odezwał się znany Ewelinie od paru lat zmęczony głos prezesa.
– Oczywiście panie prezesie, ale czy coś się stało? - zapytała ledwo słysząc swój głos i nerwowo przełykając ślinę.
– Nie, nic się nie stało, ale mam dla pani ważne zadanie. Tylko pani się do tego nadaje. Ale oczekuję dyskrecji. Czekam... - po tych słowach odłożył słuchawkę pozostawiając Ewelinę z domysłami.

Odłożyła słuchawkę i zamyśliła się. Co takiego mogło być pilnego, że została wezwana przez samą “górę” w trybie pilnym. Jak to było? – myślała gorączkowo. – Że jest niezbędna? I ta dyskrecja. Tak, jest potrzebna w tym zawodzie, ale zawsze inni wiedzieli o zadaniach kolegów. To było bardzo dziwne nawet dla niej, doświadczonej dziennikarki. Czyżby znów jakaś informacja o płatnej protekcji kogoś w sejmie albo przeciek o wniosku opozycji w sprawie odwołania rządu?  Intrygowała ją ta niepewność...
Paręnaście minut później, kiedy zbiegała do podziemnego garażu ogarnęło ją znowu jakieś złowrogie przeczucie, które towarzyszyło jej od jakiegoś czasu. Czuła, że jest śledzona, ale szybko odrzuciła te bezpodstawne podejrzenia, wsiadła do swojego czarnego peugeota i uśmiechając się do siebie przekręciła kluczyk uruchamiając samochód. Odetchnęła z ulgą, gdy silnik zaskoczył po pierwszej próbie. Dzisiaj wyjątkowo, ale celowo założyła czarną sukienkę od Paprockiego oraz stylowe szpilki od Guciego, chociaż w żaden sposób nie pasowały do charakteru pracy, a strój nadawał się na wieczorową porę a nie do biura. Chciała być seksowna! Dlaczego postanowiła podjąć jakąś grę, której sama – nie rozumiała? Przez drogę gorączkowo zastanawiała się, co się takiego wydarzyło, że sam Prezes wzywa ją do siebie o tak wczesnej godzinie. Pomyślała nawet o awansie, ale ta myśl wydała jej się absurdalna.
– A odczucia, że jest się śledzonym, to zboczenie zawodowe – pomyślała i te myśli już nie wróciły tego dnia.

*

Marta wierciła się niecierpliwie na twardym krześle, czekając w korytarzu na swoją kolej. Szpital św. Józefa w Toruniu - oddział onkologiczny. Jakże często tutaj bywała... Za często. Od prawie czterech miesięcy. Smutne miejsce. Mdły, szpitalny zapach i blade ściany sprawiały, że chciała stąd uciec. Wolała nie poznawać kolejnego wyroku, nie chciała teraz umierać, teraz, kiedy ma kochającego męża. Przecież tak wiele bólu przeszła w życiu. Mijających ją ludzi ledwie odróżniała na tle ścian w korytarzu, byli również szarzy i smutni. Snuli się bez nadziei na przyszłość, umierając bardzo powoli, bo brak wiary w to, że wyzdrowieją sprawiał, że czuli się już trupami.
Wiadomość o nowotworze przyszła nagle. Przecież nawet nie odczuwała żadnych dolegliwości, a badanie przed kilkoma miesiącami u lekarza to czysty przypadek. Tylko towarzyszyła teściowej, która czuła się coraz gorzej. Poddała się badaniu za jej namową. Wyniki analizy krwi wskazywały że coś jest nie tak, ale nie chciała ich kontynuować.  Bała się...
Okazało się, że nowotwór był złośliwy i podstępny, nie domyślała się, że gorączkowanie, bóle mięśni oraz duża senność i zmęczenie są symptomami choroby. Diagnoza zabrzmiała jak wyrok! Poraziła Martę. Nie była na to przygotowana. Mieszkała na Podgórzu, w ubogiej dzielnicy Torunia, gdzie prawie wszyscy się znali, byli po imieniu i odtąd patrzyli na nią z politowaniem, a wielu osób już ją prawie pochowało. Sama nieraz słyszała przecież szepty, które tak bardzo raniły, jakby już umarła, a przecież ciągle żyła. Szybko zaczęła się wycofywać, nie wychodziła z domu, a jej jedynym wsparciem był Krzysztof, zazwyczaj odbierany przez otoczenie jako mruk. Marta nie myślała o nim w ten sposób. Był jej mężem. To dla niego chciała żyć. Nawet teściowa szeptała za jej plecami, że co z niej za żona skoro ma raka i – jak to ujęła...? ... aha – że nie szanuje swojego męża. Podsłuchała rozmowę teściowej z synem, gdy była ostatnio z wizytą. A właściwie nawet nie podsłuchiwała, teściowa mówiła to tak głośno, aby usłyszała. Wiedziała, że musi walczyć, że nie może bezczynnie usiąść i płakać. Jakie to było upokarzające. Sama zawsze była szarą myszką, nie dbała o siebie, ale chciała się realizować jako wspaniała żona.

– Pani Marta Bielicka... – z impetem nagle otwieranych białych drzwi padła komenda, przerywająca rozmyślania, wydana jakże bezbarwnych głosem,.
– Tak, jestem – zerwała się z krzesła tuląc do piesi czarną, wypłowiałą, skórzaną niemodną już torebkę.
– Proszę wejść – pielęgniarka w drzwiach przepuściła ją tarasując część wejścia, jakby chciała obronić gabinet przed naporem tłumu tych smutnych ludzi z korytarza.

         Marta weszła do gabinetu powoli. Usiadła na krawędzi krzesła, splotła dłonie, spuściła wzrok gapiąc się tępo w okolice czubków butów lekarza w oczekiwaniu na jego słowa. Zastygła jakby na parę chwil... Poczuła, że jej ciało coraz bardziej drży, a dłonie pokrywa pot. Ostatnio tyle przeszła. Kolejne badania i kwalifikacje do takiej czy innej metody terapeutycznej, ratującej podobno jej życie, nie pozostały bez wpływu na psychikę. Czy jest nadzieja? Dziś lekarz miał podjąć decyzję o metodzie leczenia. Biorąc dokumenty z ostatnich badań spojrzał na nią i nagle na jego twarzy pojawiło się coś w rodzaju zaskoczenia. Popatrzył uważnie na Martę zza plastikowych soczewek swoich okularów jakby bez słów pytając, o co jej chodzi... Przeglądał wypełnione formularze analiz, wydruki z urządzeń laboratoryjnych, czytał opisy badań, potem odłożył dokumenty przypatrując się pacjentce. Marta niemal sparaliżowana strachem nie potrafiła się poruszyć.

– Pani Marto. Mam dla pani dobre i złe wiadomości. Od których mam zacząć? – zapytał obserwując jej reakcję.
– Od złych, panie doktorze – odpowiedziała, spuszczając wzrok i czując, że walące serce chyba zaraz wyskoczy z trzewi...
– Musimy powtórzyć ostatnie badania – powiedział szybko. – A teraz dobra wiadomość. Jeżeli nie pomylono kart to jest pani zdrowa! Chłoniak już nie zagraża. Wyniki są idealne! Jak u  zdrowego człowieka. Ale chyba pani rozumie...Musimy powtórzyć wszystkie badania, aby wykluczyć pomyłkę, a potem będzie pani pod obserwacją, ale będzie ona polegała na naszych spotkaniach, na początku co tydzień, potem coraz rzadziej. Przecież nie znamy takich przypadków, to prawie jest niemożliwe bez leczenia chemioterapią czy też innymi znanymi metodami. U pani jakby wszystko zniknęło. Można to nazwać remisją lub cudem, o ile pani jest wierząca – powiedział to, kierując wzrok bezpośrednio na medalik z Matką Bożą na piersiach.
– To wbrew nauce, medycynie i wbrew powszechnie znanym opisom przypadków. Oczywiście ludzie wychodzą z tego typu chorób, ale Pani miała chłoniaka, a to jest nowotwór krwi. Rozumie pani, co mówię? – zapytał delikatnie dotykając jej dłoni, jak gdyby chciał zbadać jej puls.
– To bardzo poważna choroba, a teraz wychodzi na to, że jakby wszystko minęło. Nie potrafię tego zrozumieć. Ale wie pani, takie rzeczy się też zdarzają i ja cieszę się, że akurat panią to spotyka. Ale naprawdę nie rozumiem... – mówił jeszcze jakby do siebie. – Siła wyższa...

Marta słuchała tego, co mówi lekarz, jakby nie do końca rozumiejąc. Słuchała jak niesmacznego żartu. Nie wierzyła w powrót do zdrowia. Ktoś przecież polecił jej wizualizację. Szukała jakiegoś punktu zaczepienia. Nie chciała się w pełni poddać.  Przecież powoli żegnała się z rodziną, powoli już myślała o zakupie stroju do własnej trumny, projektowała już nawet w myślach ten dzień. Do końca chciała żyć w pełni, dać z siebie wszystko. Z drugiej strony traciła nadzieję, zostawiając sobie coś sztucznego, co podsycało w niej nadzieję, że się jednak uda. W jej głowie narodziły się jakieś jakby mantry, które powtarzała w kółko. Przecież miała zaledwie dwadzieścia dziewięć lat. Była bezpłodna, ale wierzyła, że ktoś jej pomoże. Wiedziała, komu to zawdzięczała...


Prześlij komentarz

Ałbena Grabowska - "Ostatnia chowa klucz"

Ałbena Grabowska tym razem zmienia front, idą w kierunku mrocznego kryminału z doskonałymi wątkami psychologicznymi, co potwierdza moją...