piątek, 30 marca 2012

Wywiad z Karolem Kłosem


Piter Murphy: Witaj Karolu. Dziękuję za przyjęcie zaproszenia. Już na początku przyznaje się, że jeszcze nie czytałem Twoich książek, ale recenzje są entuzjastyczne. Jaki jest twój patent na dobrą książkę?

Karol Kłos: Dzień dobry. Myślę, że to nie patent, a raczej odrobina szczęścia. Ludzkie charaktery, pasje, zainteresowania, pragnienia są bardzo podobne. Odrobina inności tylko pomaga, nadaje smaczku. Egzotyka uatrakcyjnia, bo każdy marzy o egzotyce, myśląc w swojej naiwności, że „Tam” byłoby lepiej. Tymczasem najczęściej i najbardziej kochamy to co już znamy. Nowe i nieznane bywa często podejrzane.

PM:  Napisałeś „Latarnika” i „Latarniczkę”. O czym traktują Twoje opowieści?

KK: Zgodnie ze znaczeniem słów użytych w tytułach, o latarnikach i latarniczkach, ich pracy, codziennym życiu, również tym domowym, prywatnym. Ponadto o tym co nas na co dzień otacza, czyli o sąsiadach, których wszyscy, oczywiście, „bardzo kochamy”, o naszym mieście, osiedlu, władzy, która nam usiłuje ułożyć życie według odgórnie narzuconych norm i zasad, co nie zawsze musi nam odpowiadać. Dodatkowo jeszcze o fantastyce, np. o aniołach, lub duchach, bo te sprawy też ludzi interesują. Pamiętam z dzieciństwa podsłuchiwane rozmowy dorosłych późnymi wieczorami, a było w tych rozmowach mnóstwo duchów, polityków, obcych wojsk, morskich sztormów i wielodniowych, wielotygodniowych, a nawet wielomiesięcznych nieobecności podczas pracy rybaków, lub marynarzy. Moje książki również kłamią, czyli oszukują czytelnika, każą mu domyślać się co jest prawdą, a co już nie. Fikcja literacka ma takie uprawnienia. Moja pierwsza książka „Latarnik” miała początkowo tytuł „Kłamliwy dziennik”. Dzięki takiemu zabiegowi mogę sobie na wiele pozwolić, np. ujawnić kochankę burmistrza i nic mi za to nie grozi.

PM: Dlaczego właśnie taka tematyka? Jest zgodna z twoimi zainteresowaniami?

KK: Jest zgodna z moim życiem. Tak naprawdę piszę o sobie. Jestem latarnikiem, kiedyś w Helu, a obecnie w Jastarni. Dlatego temat związany z latarniami morskimi jest czystym biografizmem. Mieszkam nad morzem, na Kaszubach, więc wtrącenia o Pomorzu i Kaszubach są naturalne. Pewien znamienity pisarz podobno powiedział: „Pani Bovary to ja”. Już wiesz, że mówię o Gustawie Flaubercie. Mógłbym powiedzieć, że Latarniczka to ja. Naturalnie, odrobina fikcji też się przydaje, chociażby z tych powodów, o których już mówiłem: bezpieczeństwo autora, uatrakcyjnienie akcji, uniezależnienie się od wymogów realizmu.

PM: Witold Gombrowicz napisał: „Duch rodzi się z imitacji ducha i pisarz musi udawać pisarza, aby w końcu zostać pisarzem”. Ty nim już zostałeś?

KK: Naturalnie. He, he, he. Ja się pisarzem urodziłem, więc wcale nie musiałem nim się stawać. Życie postawiło przede mną zadanie sprostania roli pisarza, wypełnienia misji twórcy, która wcale do łatwych nie należy. Pisarz nie ma prawa powiedzieć, że mu się nie chce, że ma to wszystko gdzieś. Pisarz przez całe swoje życie musi pamiętać, że kiedyś ktoś będzie je studiował, analizował i znajdzie wszystkie niekonsekwencje, wywlecze wszystkie błędy, wstydliwe momenty, nieudolne sformułowania. To czasami bywa bardzo frustrujące. Masz może butelkę Martini? No dobra, zapomnij.

PM: W naszym kraju trwają nieustające debaty na temat czytelnictwa i próby jego uzdrowienia. Każdego roku wychodzi kilkadziesiąt tysięcy nowych tytułów. Jak czytelnik ma się poruszać w tym gąszczu, aby wyłowić perełki?

KK: Nikt nigdy nie przeczyta wszystkich książek, dlatego czytelnik musi zdać się na swoją intuicję, a poza tym może przecież korzystać z wielu czasopism, serwisów informacyjnych, programów kulturalnych, stron internetowych, chociażby takich jak Twoja, aby korzystając z pracy innych poznawać interesujące pozycje (cóż za słowo), najciekawsze książki. Nawet tych najlepszych nie zdoła się wszystkich przeczytać. No chyba, że ktoś postawi sobie ambitne zadanie przeczytania dziesięć, sto najważniejszych książek. Tylko wtedy będzie problem z wiarygodnym wyborem tej setki. Dla każdego inteligentnego czytelnika wybór będzie inny, ponieważ mądry stwórca tak nas właśnie ukształtował, że się różnimy.

PM: Jak rozpoczęła się twoja przygoda z pisaniem? Zostałeś namówiony przez rodzinę, a może przez znajomych do pisania? Jak traktujesz własne utwory. Często autor po przeczytaniu własnej książki dochodzi do wniosku,  iż mógł wiele scen napisać inaczej, lepiej. Ty miałeś tego typu myśli?

KK: Wciąż poprawiam swoje teksty i nad nimi pracuję. Po wysłaniu do wydawnictwa mówię sobie: Basta. Wystarczy, bo może się przydarzyć, że wydawca zechce ze mną podpisać umowę, a ja będę już dysponował czymś zupełnie innym. Na szczęście mam pełno rozpoczętych utworów, które mogę dopieszczać, rozbudowywać, zmieniać, wykreślać i wszystko inne. Faulkner publikował opowiadania, a potem komponował z nich powieści. Skoro ten laureat Literackiej Nagrody Nobla mógł tak czynić, to ja też mogę.
         Pisać rozpocząłem gdzieś w okolicach ósmych, bądź dziewiątych urodzin. Oczywiście, swoich urodzin. Najpierw pisałem teksty dziennikarskie do własnej gazety. Gazeta ta nigdy się nie ukazała, ponieważ skończyła w piecu, z powodu zbyt niecenzuralnych poglądów politycznych. Bezpieczeństwo całej rodziny wymagało spalenia całego nakładu. Bardzo tę stratę przeżyłem.
         Wszystko co piszę traktuję jako swoją twórczość, niezależnie od tego czy jest to powieść, naiwny wierszyk, lub relacja prasowa. Staram się wszystkie teksty przechowywać na czas ewentualnej możliwości ich ponownej publikacji.

PM: Karolu. Domyślam się, iż Twoją pasją jest również czytanie. Która z ostatnich książek, które czytałeś poruszyła Cię i dała do myślenia?

KK: Bardzo mnie poruszyła książka Anny Klejzerowicz „Złodziej dusz” opowieści niesamowite, bo to fantastyka i groza, „Listy do młodego pisarza” Maria Vargasa Llosy, bo to o pisarzu, ponadto „Myszy i ludzie” Steinbecka, bo to noblista. Natomiast w najbliższej przyszłości zamierzam czytać „Przypadki pani Eustaszyny” Marii Ulatowskiej, bo to jest „trochę nie-poważne, a miejscami owszem”, „Bratnie dusze” Hanny Cygler, bo to o artystkach, no i „Piotrek zgubił dziadka oko, a Jasiek chce dożyć spokojnej starości” Lucyny Legut, bo to najśmieszniejsza książka świata. O ile o swoich książkach mówię mało, albowiem jestem najskromniejszym pisarzem świata, to o książkach innych mógłbym rozmawiać w nieskończoność.

PM: Każdego dnia zasiadasz do klawiatury z gotowym zarysem sytuacyjno- osobowym? A może siadasz i piszesz to, co akurat się nasuwa?

KK: Najczęściej nie siadam, bo jest mnóstwo innych zajęć i obowiązków. Często siadam przed komputerem, sprawdzam pocztę, wchodzę na Facebooka i lubię wiele informacji, bądź komentarzy, a potem braknie już czasu na pisanie. Kiedy już jednak zabiorę się w końcu do pisania, to nigdy nie wiem co napiszę. Mam pomysł, albo ogólny zarys, ale w trakcie pisania wszystko może się zdarzyć. Często piszę w opozycji, lub też odwrotnie, do ostatnio czytanych książek, dlatego w moich utworach roi się od aluzji literackich i krypto cytatów, fałszywych, bądź błędnych cytatów i cytatów z nieistniejących książek. Uwielbiam się bawić literaturą. To pewnie takie skrzywienie zawodowe.

PM: Pisanie jest bez dwóch zdań ciężką pracą. Wymaga skupienia, kreatywności i samodyscypliny. Stosujesz jakieś triki, które sprawiają, że te chwile są łatwiejsze do zniesienia?

KK: Nie znam żadnego triku, dlatego często niewiele mi brakuje do szaleństwa. Na szczęście tylko szaleni artyści zapiszą się we wdzięcznej pamięci czytelników w tym całym ogromnym zalewie literatury ułożonej, poprawnej i nijakiej. Największe dzieła literackie przełamują szablony, normy i zwyczaje. Dlatego też bardzo często największe dzieła muszą czekać na swój czas. Nie martwię się więc bieżącymi statystykami. Mam z czego żyć, a resztę czasu po pracy najchętniej bym poświęcił na pisanie i czytanie, bo uważam, że bez zasobnej biblioteki niewiele bym zdziałał. Zasobność biblioteki jest nierozerwalnie związana z zasobnością portfela, dlatego jestem zmuszony do drobnych ograniczeń. Dobrze się jednak składa, iż mam niezwykle wyrozumiałą żonę, więc nie jest źle. He, he, he. Puścisz to?

PM: Każdy pisarz tworzy to, co nosi w sercu. Tylko to ma szansę, aby zostać zauważonym. Tak sadzę. W Twoim wypadku to morze i latarnie?

KK: Oczywiście, a także anioły, Dostojewski, Faulkner, Steinbeck, kochanka burmistrza, egipskie piramidy, koty, wróble i wrony w moim ogrodzie, krasnoludki, albo raczej krasnoludy oraz sto trzydzieści polskich autorów i autorek pięknej literatury tworzonej w naszym kraju. Nie będę wymieniał nazwisk, bo mógłbym kogoś pominąć. Pozdrawiam ich wszystkich serdecznie.

PM: Jesteś bardzo zaangażowany w lokalne życie społeczne. Czy te doświadczenia w jakiś sposób pomogły Ci przy pisaniu powieści?


KK: Biorąc pod uwagę, że najpierw było dziennikarstwo (pamiętaj o spalonej gazecie), potem próby poetyckie, opowiadania, później znowu dziennikarstwo w lokalnej gazecie, reportaże, relacje z mnóstwa miejskich, szkolnych i innych uroczystości, udział w zebraniach, przynależność do organizacji pozarządowych, czyli mówiąc po ludzku: stowarzyszeń, oczywistym jest, iż to wszystko również kształtowało moje życie, charakter, poglądy, itp. Te doświadczenia bardzo się przydają podczas pisania.

PM: Która pora roku jest najlepsza dla turystów, aby odkrywać uroki Jastarni?

KK: Wszystkich uroków Jastarni zażywa się latem, bo wtedy jest słońce, plaża, kąpiele w morzu i zatoce, oraz seks. Tak, to też jest ważne. Latem jest jednak również tłok i hałas, więc lubiącym spokój i ciszę polecam maj, czerwiec i wrzesień, a wielbicielom bojerów styczeń, lub luty. Mrozów jednak nie mogę zagwarantować.

PM: Twoje opowieści są ukierunkowane w jakiś sposób na zwrócenie uwagi niebezpieczeństwa, jakie przynoszą nam zagrożenia związane z niszczeniem przyrody?

KK: To jeden z najważniejszych problemów współczesnego świata. Na półwyspie rozumiemy te sprawy doskonale, ponieważ związane to jest z ilością turystów, którzy zechcą do nas przyjechać. Gdy morze będzie cuchnęło chlorem to nikt na wakacje nie przyjedzie. Miejsca na wysypisko śmieci nie ma tu wcale. Również rybacy mają się coraz gorzej, a z rybołówstwem jest tu związana większość mieszkańców. Jako dziennikarz już te tematy poruszałem. Natomiast nie udało mi się jeszcze napisać na ten temat książki. Mam więc nadal co robić.

PM: Kochasz swoją pracę? Byłbyś w stanie ją zamienić za pracę w wielkim mieście i za biurkiem?

KK: Bardzo często jestem w Gdańsku, zwłaszcza na różnego rodzaju spotkaniach, w tym autorskich. Muszę przyznać, że bardzo mi się takie życie podoba. Przeprowadzać się chyba jednak bym nie chciał. Pracę nie tyle kocham, co jest ona moją pasją. Nie chciałbym z niej rezygnować, a zwłaszcza nie dla pracy w biurze, za biurkiem, przez cały tydzień. No chyba, że ktoś mnie zatrudni na stanowisku pisarza, zapewniając równocześnie pełną swobodę w temacie, a także ilości twórczości. Takie marzenie raczej się nie zrealizuje.

PM: Karolu. Dziękuję za rozmowę. Było mi miło Ciebie gościć. Serdecznie pozdrawiam.

KK: Dziękuję.






Za dwa tygodni będziemy gościli Piotra Lipińskiego, 
autora "Piątej komendy". 

Zapraszam
Prześlij komentarz

Colson Whitehead - "Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki"

 Co roku staram się czytać laureatów prestiżowych nagród literackich na świecie, w tym Politzera. Historia opowiedziana przez autora wym...