Rozmowa z Martą Grzebułą



MARTA GRZEBUŁA z domu Łukomska Pseudonim Jarzębina ur. 22 listopada 1960 roku we Wrocławiu. Tu ukończyła Szkołę Podstawową i Studium Medyczne. Pozostaje pod wpływem poezji J. Słowackiego, A. Mickiewicza czy A Asnyka., Pisze od 13 roku życia, w Jej zbiorach jest -400 wierszy. Debiut w 2010 r. Tomikiem poezji: „W cieniu Jarzębiny- Wydaw. Black Unicorn. Następny to: „ Owoce Jarzębiny” Wydaw. Radwan. Wydane powieści to: „Pomarańczowe ogrody” „To, co mogło się zdarzyć” – Wyd. RADWAN „Epizod na dwa serca” Kobieta z okna”, „Dzień, który nie miał jutra Warszawska Firma Wydawnicza sc J. Majedcki i J. Wernik oraz „Zapomnę imię twoje” „Dotykając Nieba” Wydawnictwo „ASTRUM” z Wrocławia, Ebookowo- wydaw. „Szachownica Śmierci”, „Obsesja” Oszukana”, Przepaść samobójców”, „niebawem „Poznać prawdę”. Autorka tekstu do piosenki, zespołu „Wilczyca” są to połączone dwa wiersze „Wilk wilkowi i „W galopie” muzykę skomponował Tomasz Derach. Autorka w swoich powieściach i wierszach, przeprowadza Czytelnika, po świecie, zmagań wyrzeczeń, prawd, miłości, zdrad, śmierci w taki sposób, by ten zagłębiając się w kolejne strony, odczuwał nie tylko wzruszenie, sympatię, do bohaterów, ale budzi w Czytelniku jeden, z największy z darów, jaki sądzi, że posiada człowiek, empatię. Marta Grzebuła, sama mówi: „ Sercem do serc, piszę” i to jest chyba najlepsze, podsumowanie, Jej twórczości.
Za portalem lubimyczytac.pl

Piter Murphy: Marto. Przygotowując się do rozmowy z Tobą ogarnął mnie lęk. W moim przekonaniu ( a znamy się wirtualnie od dawna) jesteś pewnego rodzaju fenomenem. Skromna, pracowita, zawsze uśmiechnięta i spiesząca z pomocą innym ludziom. Jaka jest Twoja recepta na udane życie?

Marta Grzebuła: Dziękuję Ci Piotrze za zaproszenie mnie do tej wirtualnej rozmowy. Odpowiadając na Twoje pytanie stwierdzam z uśmiechem, takim przyjaznym, że Ty sam odpowiedziałeś już na to pytanie. Cytuję:”… zawsze uśmiechnięta i spiesząca z pomocą innym ludziom” i to ostatnie słowa są odpowiedzią. Moją odpowiedzią. Uśmiecham się, - czasem na przekór łzom- bywa, że czuję iż ktoś mnie {czasem świadomie} rani. Ale ja „staję” ponad to. Bo cóż to by mi dało, gdybym rozpamiętywała urazę? Nic. Co najwyżej frustrację. A tak, wolę się uśmiechać i powiedzieć sobie i innym, że życie i tak jest piękne, a to jest tylko smutna sekunda, nie warta tego, aby pozwolić jej na dominację. Po prostu i mimo wszystko jestem, bo chcę, być optymistką. Nawet poprzez łzy, uśmiecham się. Moi bliscy czasem nie pojmują takiej postawy, ale ja czynię to dla siebie, szczypta egoizmu, bo to przecież ja chcę być szczęśliwa, a uważam, że uśmiechem, serdecznością i umiejętnością wybaczania pozwalam na to, aby ono-szczęście, spokój ducha - gościło w moim sercu. Taka jestem…bo taka chcę być. Ufna,  szczera i pełna optymizmu. Bo nic ani nikt {nie mam tu na myśli dramatów, takich wytrącających z orbity spokoju i ładu życia, typu poważna choroba, czy śmierć}Nie powinno zakłócać tej wewnętrznej harmonii. I wiem jedynie że to - coś, co wypływa z pewnego rodzaju niedojrzałości ludzi nie może zaważyć na mojej zdolności doszukiwania się dobra. Nie, nie jestem idealna, również i ja popełniam błędy, ale potrafię do nich się przyznać. Nie tylko przed sobą. Ponadto sztuka kompromisu jest cenna i dość często z niej korzystam.

PM: Często wspominasz o najważniejszej osobie, która nosiła Cię pod sercem, dała życie i ukształtowała światopogląd. Oczywiście mam na myśli Twoją mamę. Czy Twoje relacje z mamą mają oddźwięk w utworach, które tworzysz? Jeżeli tak, to w jakim stopniu?

MG: Oj, jesteś Kochany zadając mi to pytanie. Tak, i jeszcze raz TAK. Moja śp. Mama Basia była, jest i pozostanie w moim sercu, umyśle mamą, która mnie WYCHOWYWAŁA a nie chowała, gro dorosłych nie dostrzega tej, jakże oczywistej różnicy. I tak…na drugi człon Twojego pytania… w moich książkach odnaleźć można te wartości, zasady, uczucia { empatia} które tak mądrze, tak elastycznie wpajała mi moja mama. Zawsze pozwalała decydować, pozwalała się czuć wartościową osobą poprzez to jakich dokonywałam świadomie wyborów. Nie krytykowała mnie, ale czasem podszeptem sugerowała ważny aspekt danej sprawy. A ja nie zawsze Jej słuchałam, czasem to na mnie się mściło. Ale Ona czuwała nade mną. I zawsze była obok by pomóc mi się dźwignąć. Jeśli myślimy o tym, że bywają mamy idealne, to moja mama była nią na pewno.  W moich powieściach zazwyczaj ukazuję tego typu relację między matką a dzieckiem jakie właśnie mnie łączyły z moją mamą. Odstępem jest powieść OSZUKANA. Tam mamy odwrotność i dlatego tak ciężko pisało mi się tę powieść. Czułam wręcz fizyczny ból, bo nagle uświadomiłam sobie, jak wielkie miałam szczęście mając taką mamę. Nie każde dziecko je ma. A ja czasem o tym zapominam. Sądząc, iż wszystkie mamy są takie jak moja Mama Basia.

PM: Jesteś autorką prozy i poezji, Trudno jest Ciebie zaszufladkować. Piszesz romanse, erotyki, powieści sensacyjne. Miałem okazję przeczytać kilka Twoich książek i wiem z autopsji, jak są wciągające. Masz doskonałe wyczucie plastyczności obrazów. To jest kwestia pracy nad sobą, czy też może z tym się urodziłaś?

MG: Zawsze odpowiadam szczerze…I teraz nie będę „urabiać „ upiększać prawdy. Po prostu: Nie wiem. Może urodziłam się z tym? Może lata czytania książek tak a nie inaczej zaowocowały? Nie wiem.  Lecz jedno jest pewne;  ja „widzę” to o czym piszę. Obrazy są wręcz namacalne. Jak i emocje odczuwalne. Myślę, że to też zasługa mamy. Ona to od kołyski uwrażliwiała mnie na ludzi, obrazy na wszystko. Pamiętam jak kładła się ze mną na trawie, jak lekko odsuwała źdźbła i opowiadała mi o mrówkach mamach, tatusiach, babciach itd., mrówkach dzieciach i ich domku…Potem bałam się stąpać po trawię sądząc, że zniszczę ich świat. Bardzo często obejmowałyśmy pień drzewa i słuchałyśmy jak ono rośnie…I o dziwo – ja to „widziałam” oczami wyobraźni. W chmurach szukałyśmy postaci ludzi, zwierząt itd…Wszędzie i we wszystkim mama nauczyła mnie dostrzegać życie i emocje…I tak zostało do dziś.

PM: Poezja jest pisana przez ludzi wrażliwych. Ty do takowych bez wątpienia należysz. Co Ci daje pisanie kolejnych liryków? Piszesz o sobie, czy o swoich obserwacjach życia, świata?

MG: Piszę o sobie, o tym, co jest i moim udziałem, ale również i innych. Pisaniem poezji „oczyszczam” duszę, umysł, serce - z bólu…bo i tak bywa. Bólu, którego doświadczyłam. Ale dzielę się też pozytywnymi emocjami…Myślę, że wszystkie moje wiersze przepełniają magiczne słowa, które towarzyszą mi od ponad 50 lat {od kiedy pojęłam ich znaczenie i doceniłam wartość} A są to; wiara, nadzieja, miłość. Dzięki nim i ja przetrwałam zawirowania i porażki w swoim życiu. Pomogły mi, wciąż i pomimo wszystko uśmiechać się, bo wierzyłam, miałam nadzieję, że będzie lepiej. I że miłość, taka dobra, nie toksyczna może zaistnieć w moim życiu…I zaistniała.

PM: W ciągu ostatnich miesięcy doświadczyłaś wielu wirtualnych (i nie tylko ataków) ze strony nieznajomych, oraz mobbingu w życiu realnym. Otarłaś się o depresję. Czy te trudne chwile pokazały Ci inną stronę internetowego świata?

MG: Tak…przejrzałam na oczy…Ale ta ufność dziecka wciąż we mnie jest. Bo mam nadzieję, że te osoby nie są takie naprawdę złe, wrogie, że po prostu coś niedobrego wydarzyło się w ich życiu i tak odreagowały…Może inaczej nie potrafią. A zresztą … Ja to – ja. A oni to oni…Mój świat jest spokojny i uśmiechnięty, nawet jak popłakuję w poduszkę. Lekarz, do którego zgłosiłam się z prośbą o pomoc, gdy miałam dołka, gdy wydawało mi się, że nie dam sobie rady, początkowo zaproponował mi Deprim { najłagodniejszy środek} ale jakby nie pomógł to zalecił mi inny. Już dość mocny, lecz po dłużej rozmowie – niemal dwu godzinnej- uśmiechnął się i stwierdził:” Pani sama dla siebie jest najlepszym Deprimem. Szuka pani usprawiedliwienia dla każdego. A takie podejście ułatwia wyjście z depresji. Ponieważ nie szuka pani winnych, a usiłuje zrozumieć. „ I wyszłam z niej z depresji, pisanej przez małe „d”. Ale nie mogę zaprzeczyć, iż sporo popłakiwałam. Nie chciało wstawać mi się z łóżka…Lecz gdy wróciłam po zwolnieniu do pracy, do szpitala i zobaczyłam tych umierających ludzi…Pojęłam, że nie ja i nie moje JA jest ważne, a oni. I tak znów praca pielęgniarki uratowała mnie przed chorobą. To był już trzeci raz. Pierwszy, gdy leżałam będąc w 7 miesiącu ciąży i okazało się, że pękł mi wyrostek robaczkowy. Efekt…ja i maleństwo „zaliczyliśmy” sepsę. Gdy odzyskiwałam przytomność zerkałam w obok. Tam dopiero umierali ludzie. Leżałam na reanimacji i miałam szansę a oni nie. I chciałam już wstać, wyzdrowieć urodzić synka i wrócić do pracy…I dokładnie tak się stało. Mój syn, Marcin ma dziś 23 lata…Mimo, że twierdzono iż: „ciąża obumarła” Żadne z nas nie poddało się. Trzeci raz to, jak umarła moja mama. Do teraz nie potrafię pisać, czy mówić na ten temat. W powieści DOTYKAJĄC NIEBA, uzewnętrzniłam to, co czuję do dziś. Książka ta pomogła mi uporać się z bólem. Ale tez nie do końca.

PM: Napisałaś już trzynaście książek, pracujesz nad kolejnymi. Wszystkie wydałaś jako self- publishing. Nie rozważałaś debiutu w tradycyjnym wydawnictwie, które zapewni Ci być może o wiele więcej?

MG: Nie wszystkie wydałam jako self-publishing, tylko ostatnie trzy. A co do wydawnictwa tradycyjnego…No cóż, trzy razy próbowałam. Trzy razy wykazano się zainteresowaniem. Odpowiedzi były obiecujące. Ale niestety to moja wina, bo to ja jestem nieco „w gorącej wodzie kąpana” { mama też tak o mnie mówiła, jak widać miała rację} I gdy minęło pół roku okazało się, że dla mnie to za długo. Pierwsze książki wydałam ze współfinansowaniem, {koniec 2010 roku} bo nawet nie wiedziałam, że w ogóle mogę słać teksty do wydawców. To dopiero na FB o tym dowiedziałam się – chyba na przełomie lat  2011 / 2012. Zasugerowano mi, abym  odważyła się. I tak uczyniłam. Niemniej jednak- raz, że nie odpowiadają mi tak długie terminy oczekiwania, dwa; że nie na każdy e-mail otrzymałam odpowiedz, a trzy; że wydawcy nie chcą inwestować w mało znane nazwiska. Zniechęciło mnie. Ale może i tak być, że styl i tematyka w jakiej piszę nie odpowiada im. A tych trzech wydawców będących na TAK, { po wymianie dwóch e-maili} napisali, że: „ Jesteśmy zainteresowani, skontaktujemy się”
 I nic, cisza od kilku miesięcy. Raz zdarzyło się, że {przypadek „Jokera” i „Oszukanej”} że zadeklarowani wydawcy „spóźnili się” Książki były już wydane.

PM: Która z Twoich książek jest dla Ciebie najważniejsza? Kiedy piszesz, opracowujesz szczegółowy plan, a może piszesz spontanicznie? Jak bardzo są to ważne dla Ciebie postacie, które tworzysz? Zawsze są fikcyjne?

MG: Najważniejsza to „Dotykając nieba”{jak wspomniałam – to powieść hołd. To książka z nutami autobiografii.
Czy opracowuję plan? Bywa różnie. Czasem tak a innym razem nie. Ja nazywam to intuicyjnym = spontanicznym pisaniem. Nie muszę robić notatek, bo mam to szczęście, mieć dobrą pamięć. Ale bywa, że jeśli robię notatki to tylko wówczas, gdy łączę przeszłość z teraźniejszością, jeśli sięgam do historii. Tak jak w przypadku „Zapomnę imię twoje” „Kiedy ktoś nocą puka do drzwi” czy „Dzień, który nie miał jutra”. A czy postacie są fikcyjne? Tak. Jedynie w powieści „Dotykając nieba” jestem Kingą { notabene to moje drugie imię}  - główną postacią. A mama Kingi…to moja mama Basia…więcej nie chcę zdradzać, ale wierz mi, to powieść, przy której – tak gdzieś od połowy- zawsze lecą mi łzy…Tam jestem. Tam jest mój ból, choroba, smutek i śmierć …Ale kogo? No cóż, zapraszam do książki Ciebie i Czytelników.

PM: Aktualnie pracujesz nad książką pod intrygującym tytułem „Tajemnice guwernantki”. Nie ukrywam, że czekam na nią z niecierpliwością. Co jakiś czas rzucasz swoim fanom kilku zdaniowe fragmenty w postaci wyciętego tekstu, co jest doskonałym wybiegiem marketingowym. O czym traktuje nowa powieść?

MG: Świetnie bawię się pisząc tę powieść. Łączę gatunki {co zresztą uwielbiam} uczę się historii { to, co pamiętam nie wystarcza} I przede wszystkim oddaję hołd wielkim pisarzom, filmowcom i współczesnym wielkim ludziom, twórcom. Powieść ta jest historią o tajemnicy z przeszłości, którą usiłuje poznać młoda i ambitna bibliotekarka. Jakiś czas temu trafia ona na listy Marthy Demurely. Guwernantki z epoki wiktoriańskiej. I to one zaprowadzą ją do Anglii. A tam spotka nie tylko się z magią, ze zjawiskami nadprzyrodzonymi, nie tylko z sensacją, wątkiem kryminalnym, ale i z miłością. W tej powieści mamy dosłownie wszystko. Pisząc ją bawię się, ale nie tylko również –sama straszę- to fajne, tak wejść, wniknąć w obrazy, które stwarza twoja wyobraźnia i fajnie jest móc dać się porywać. Ciekawostką jest to, iż tytuły rozdziałów, to tytuły świetnych książek. I tak na przykład mamy „Trędowatą” H. Mniszkówny
 „ Kostkę” Izy Korsaj „Dusza” Luizy Dobrzyńskiej – z tych pisarek współczesnych – ale nie tylko. Lecz niech to pozostanie tajemnica, kto i jakie powieści są tytułami rozdziałów „TAJEMNICE GUWERNANTKI”. Przy każdym jest oczywiście podane nazwisko autora. Ale nie tylko książki, wspominam także filmy. Wplatam tytuły w tekst powieści. Więcej nie zdradzę, ale dodam, że to powieść w której niektóre nazwiska bohaterów są kluczem do wyjaśnienia tajemnicy guwernantki do poznania przyczyn jej śmierci. Ale czy tylko jej? To się okaże. 

PM: Kochasz ludzi i zwierzęta. Swoją miłość wylewasz również na swoich fanów. Skąd  w Tobie taki potencjał wiary w człowieka?

MG: Nie chcę zabrzmieć infantylnie, ba! Niedorzecznie, czy już „wyjść na świętą”, ale ja naprawdę kocham ludzi a zwierzęta uwielbiam. Jakoś trudno uwierzyć mi w to, że ludzie są wredni. Myślę, że są po prostu nieszczęśliwi, więc po co ja mam im dostarczać negatywnej energii, emocji? Tak niewolno. Wolę zapytać ich czy mogę im w czymś pomóc…To moim zdaniem tak powinno działać. A nie inaczej.

PM: Ostatnia książka, jaką wydałaś to „Obsesja”. Właśnie nią zyskałaś największą rzesze czytelników. Czy w naszym kraju jest duże zapotrzebowanie na pikantne historie? Skąd pomysł na ten utwór?

MG: Powieść OBSESJA to niemal zakład, zresztą wspominam o tym w tzw. słowie od autora. Moja koleżanka z pracy Agnieszka Połetek założyła się ze mną, że potrafię napisać „mocną, pikantną powieść ze smakiem” cytując jej słowa…. Aga we mnie wierzyła. Z  czasem dowiedziałam się Ona rzeczywiście traktowała to jak zakład, przegrany stawiał pizzę, ale tak konstruowała zdania, które kierowała do mnie i tak emanowała z Niej stanowczość, że odebrałam to jak wielką wiarę we mnie. I nie chciałam zawieść. I nie zawiodłam…napisałam. A Aga czytała każdy kolejny rozdział i rumieniła się…ale nie tylko, jak powiedziała mi, również - wzruszała się. Emocje w Niej buzowały. A fakt, że powieść ta cieszy się uznaniem i dobrymi recenzjami, to dla mnie wielka radość…A czy istnieje potrzeba na tego typu gatunek? Myślę, że ludzie szukają silnych, emocji…a nie seksu. Więc ja budując fabułę na tym co wnosi w nasz świat uczuć, emocji, seks, starałam się być szczera, dosłowna i prawdziwa. Ale i subtelna. Czy to udało się? Niech oceni to Czytelnik. A czy to „zapotrzebowanie” rzeczywiście istnieje? Nie, ludzie szukają miłości, jak wspomniałam, ale ze wszystkimi jej odcieniami. Czasem by zrozumieć, czasem, aby móc zaznać czegoś innego…sięgają po tego typu książki. Tak myślę. Lecz czy ma rację? Nie wiem.

PM: Na co dzień jesteś żoną, matką, pracujesz zawodowo, do tego etat w charakterze gospodyni domowej. Kiedy czytasz i piszesz?

MG: Moi synowie są daleko…Już „zwolnili” mnie z ”etatu: MAMA” owszem martwię się o Nich, ale moi synowie, żyją już na własny rachunek w szeroko rozumianym tego słowa znaczeniu. Nigdy nie byłam mamą - ” kurą” Moje dzieci to już dorośli mężczyźni. Dziećmi są tylko wtedy, gdy zbliża się Gwiazdka. Uśmiecham się, ale to prawda. Myślę, że Oni nadal wierzą w św. Mikołaja. A co do pracy…kocham to, co robię. Już jako kilkuletnie dziewczynka leczyłam misie i lalki. Zresztą powieliłam – bo chciałam- scenariusz zawodowy mojej mamy Basi. Ona również była pielęgniarką. A gospodyni domowa? Oj, już nie…Od 2007 roku moje życie, moja miłość ma na imię Henryk. Żyję już inaczej… Nie wszystko jest na moich barkach. Jesteśmy partnerami i na tym polu…kuchni, garnków, zakupów itd., itp.

PM: Jakie marzenia ma Marta Grzebuła? Masz kochającą rodzinę, która się o Ciebie troszczy. Czy jest jeszcze coś, co zamierzasz osiągnąć, również na niwie literackiej?

MG: Mam tylko jedno marzenie. Choć powinnam nazwać to silnym pragnieniem, wiarą, byśmy { moi bliscy i ja} cieszyli się dobrym zdrowiem. Zawsze i wszędzie mówię: „ Jeśli Bóg da zdrowie to na wszytko inne zapracuję sama”. A czy na niwie literackiej coś chcę osiągnąć? Jak wiesz wszędzie doszukuję się warstw. Nawet w pytaniach {nie tylko odpowiedziach} –zależy co mamy na myśli tak pytając. Ponieważ jeśli chodzi o doskonalenie warsztatu, to TAK chcę osiągnąć więcej. Chcę się rozwijać. Jeśli chodzi o inne sytuacje, takie jak – sukces itp…To myślę czasem i o tym, ale boję się szumu, hałasu, zbyt kocham i cenię spokój…a to  wiąże się z faktem bycia –znanym. A tego też już troszkę zaznałam. I bywało, że nie do końca umiałam się odnaleźć. Więc wybieram spokój. A pisać i tak będę, ponieważ nie zawsze łączy się to z rozgłosem. Ci Czytelnicy, co już mnie poznali, i ci co z czasem „odkryją” to i tak, jak ma to miejsce teraz, odnajdą do mnie drogę…Jak ja do Nich. Bez tego co medialne. Kiedyś, dawno, dawno temu  tego nie było, a tak liczni znali współczesnych im twórców. Dlaczego teraz tak by nie mogło być? Ostatnio w szpitalu, na korytarzu, zaraz po tym jak zakończyłam dyżur, wynikło przypadkowe spotkanie z Czytelnikami. A zaczęło się od pani, która przeczytała „Oszukaną”. Rozpoznała mnie ponieważ na okładce jest moje zdjęcie. Spytała mnie czy nazywam się Marta Grzebuła i czy jestem autorką tej książki. Potwierdziłam. I tak rozpoczęła się nasz rozmowa. Owa pani twierdziła, że po raz pierwszy czytała e-booka, i gdyby nie wnuczka nie wiedziała by nawet jak włączyć „to cudeńko”. I połknęła bakcyla. A tym czasem wokół nas tworzył się wianuszek ludzi. Po pół godzinie siedzieliśmy w parku na terenie szpitala i do niemal 21 rozmawialiśmy o mnie, o moich książkach. Nie mam wizytówek, nie rozdaję darmo książek, ale numer telefonu owszem. I tak dzięki temu mam mieć zorganizowane spotkanie, takie kameralne, z Czytelnikami. Bowiem okazało się, że Pani Ala B. { jak kiedyś Kamila B.  Opola} są emerytowanymi bibliotekarkami. Świat naprawdę bywa mały. To nie było jedyne tego typu spotkanie na terenie szpitala. Czasem na ulicy podchodzą do mnie zaintrygowani przechodnie i z niedowierzaniem pytają czy ja to ja…Ta, co napisała tę, lub tamtą powieść. Padają tytuły…I to naprawdę jest miłe, i takie sytuacje jak najbardziej mi odpowiadają.

PM: Dziękuję za rozmowę. Niezmiernie mi miło, że wyraziłaś na nią zgodę. Życzę wielkich sukcesów, również międzynarodowych. Nie zapominaj, że za Tobą stoją Twoi czytelnicy, którzy wierzą w Twój talent, który bez wątpienia posiadasz. Dlatego też życzę Tobie, aby w końcu ktoś oszlifował diament nazywający się Marta Grzebuła i pozwolił, aby jego blaskiem nacieszyć innych.

MG: I ja dziękuję Ci za możliwość tej wirtualnej rozmowy. Zapraszam do reala, na kawę lub herbatkę. Zapraszam do Wrocławia. A i Tobie oraz Czytelnikom dziękuję za uwagę i życzę przede wszystkim zdrowia, i siły aby móc spełniać Wasze, Twoje, marzenia. A co do „szlifowania”… tak, masz rację, przydałaby mi się pomocna dłoń. A czy „diament”? oj, miło…ale nieco na wyrost. Mogę być i cyrkonią, abym tylko nie zatraciła tego co nadaje blasku moim oczom, sercu i rozjaśnia umysł: ”Wiary, że coś, co pragniemy, uda się zrealizować. Nadziei, która doda skrzydeł.  I miłości, że mimo wszytko, mimo łez może zaistnieć w naszym życiu. Pozdrawiam Ciebie Piotrze i wszystkich Czytelników.

Wycofanie Anathemy

Szanowni Czytelnicy

  Z wielkim bólem zawiadamiam, iż dzisiaj zażądałem wycofania z dystrybucji mojej ostatniej książki "Anathema". O zaistniałych powodach na chwile obecną nie chcę pisać publicznie. Przepraszam wszystkich, którzy otrzymali ten "plik" i proszę o wyrozumiałość. Dla mnie to trudna decyzja, ale jak widać "Anathema" musi iść w zapomnienie.


Poszukuję chętnych recenzentów blogerów.

Witam. Poszukuję kilku blogerów, blogerek mających przeczytać niedawno wydaną powieść mojego autorstwa "Anathema" i ją zrecenzować. Osoby mające ochotę na przeczytanie i napisanie o tej historii proszę o pozostawienie wiadomości w komentarzach z podaniem adresu e-mailowego, lub też napisanie bezpośrednio na moją pocztę. Nie stawiam restrykcyjnych warunków czasowych, ale myślę że dwa tygodnie to wystarczający czas na przeczytanie. Zastrzegam sobie prawo wyboru wśród osób chętnych do recenzji.

"Zabójczy spokój" - Louise Penny


 To moje pierwsze spotkanie z autorką Louise Penny, ale z pewnością nie ostatnią. Pisarka jest autorką bestsellerowej serii opisujących działania śledcze inspektora Armanda Gamache'a z Motrealu.  Przed rozpoczęciem kariery pisarskiej autorka pracowała jako dziennikarka telewizyjna, prowadząc programy publicystyczne. Zakochana w Qubecku.

 Przed czytaniem zastanawiałem się, dlaczego polski wydawca zdecydował się na taką dziwną okładkę. Krzesło na środku lodowiska. Szybko zrozumiałem, że od tego wszystko się zaczęło. Doskonały wybór. Okładka sama w sobie się broni i przyciąga wzrok i wprowadza do tego, co się ma wydarzyć. 

  " Zabójczy spokój" jest drugą powieścią wydaną w Polsce przez Wydawnictwo Feeria, traktującą o śledztwach inspektora Gamache. Nie ma tutaj wielkiego bum w postaci morderstwa. Wręcz przeciwnie. Poznajemy sielskie życie ludzi w małej osadzie Three Pines, ich relacje, często wzajemną niechęć, jak i skrywane tajemnice. Boże Narodzenie jest wyjątkową chwilą dla mieszkańców osady. Widzimy przygotowania, celebrację świąt, a na koniec wspólne spotkaniu na meczu curlingu, w czasie którego ktoś w naprawdę dziwny sposób ktoś morduje bezdomną kobietę.  Pani de Poitiers ( CC) nie była lubianą osobą w wiosce. Inspektora zadziwia spokój mieszkańców po dokonaniu czynu. Nie potrafiłem do końca zrozumieć zachowania byłego męża, córki i kochanka. Chociaż zamordowana uchodziła za wyjątkowo wredną osobę, jednak zasługiwała na odrobinę współczucia. Wtedy tak sądziłem.  Dziwna jest również metoda, jaką wybrał zabójca. Porażenie prądem w chwili dotknięcia krzesła wymagało pewnych wybiegów, a te w tak surowych warunkach nie należały do najprostszych. Tak naprawdę to dopiero początek odkrywania wielu tajemnic. Nikt niczego podejrzanego nie zauważył, przesłuchiwanie kolejnych mieszkańców nie pozwala na zacieśnienie kręgu podejrzanych.

 Autorka zaskoczyła mnie tak dokładnym i sugestywnym oddaniem miejsca akcji, oraz postaci. Kiedy na dworze termometr wskazywał 26 stopni na plusie, ja odczuwałem zimno, jakie opisywała. Louise Penny doskonale wprowadziła mnie w okolicę, w perfekcyjny sposób przedstawiła postacie i topografię miejsca. Takich emocji do tej pory dostarczały mi chyba tylko kryminały Agathy Christie.

 Cieszę się, że autorka zaoszczędziła mi czytania o hektolitrach krwi i morderstwach co dziesiątą stronę. Dostałem doskonały kryminał, w którym napięcie jest stopniowane, a ja ciągle czuję niedosyt, ale ten jest pozytywny. Trudno było mi się oderwać od tej opowieści. Nie ma tutaj szybkiej akcji. W zamian dostaję doskonałą, przemyślaną intrygę. Do końca nie potrafiłem odgadnąć, kto jest mordercą. Przyznam szczerze, że odkrycie zabójcy niezwykle mnie zaskoczyło. Prawie do końca podejrzewałem każdego. Wszak trudno było odnaleźć osoby, które będą się wypowiadały o CC w pozytywny sposób..

 Lousie Penny ma wielki potencjał pisarski. Tym razem dostałem kryminał najwyższych lotów, od którego nie sposób się oderwać. Nie ma tutaj przypadkowości, chaosu. Pisarka wodzi czytelnika za nos, a do tego serwują sporą dawkę czarnego humoru, za którym osobiście przepadam.

 Doskonałą książka, nie tylko dla wielbicieli kryminałów. Osobiście za nimi nie przepadam, ale są autorzy, których książki czytam na ślepo. Dzisiaj do tej listy dołączyła Louise Penny. Nie przeczytałem jeszcze pierwszej części przygód Armanda Gamache'a. Musze czym prędzej nadrobić zaległości. Przez ponad pięćset stron przebrnąłem wyjątkowo szybko. Dla mnie to niesamowite odkrycie kolejnego WIELKIEGO pisarza. Czas patrzeć na ten gatunek łaskawszym wzrokiem. Szczególnie, kiedy czyta się takie perełki.

 Szanowny Czytelniku. Jeżeli masz ochotę na naprawdę dobry kryminał, który Cię porwie na kilka, kilkanaście godzin z czystym sumieniem polecam "Zabójczy spokój". Ja traktuję tę książkę jako odkrycie perełki w zalewie tandetnych i naciąganych historii.

Coś od siebie.

 Jedna rozmowa ze znaną pisarką wystarczyła, abym pobiegł do księgarni zakupić "Sońkę" Ignacego Karpowicza. Korzystając z 30 procentowej zniżki pobiegłem do Matrasa. Po takiej optymistycznej opinii kogoś, kto nie owija w bawełnę negatywnych uczuć dotyczących literatów, jak ich twórczości w zupełności mi wystarczyła. W drodze powrotnej przejrzałem książkę. Dużo opisów, mało dialogów. Pewnie przeczytam w krótkim czasie. 

 Przypominam o trwającej akcji na blogu Magdaleny Kordel. Każdy bloger może napisać opowiadanie, stosując się do wytycznych organizatorki.  Jeżeli ktoś ma ochotę, to zapraszam również do przeczytania opowiadania mojego autorstwa pod adresem: http://magdalenakordel.blogspot.de/2014/05/malownicze-was-zaprasza-po-raz-kolejny.html

 Trwają Targi Książki, a  ja jak zwykle nie mogłem się pojawić. Wszystkim odwiedzającym życzę wspaniałych spotkań z pisarzami, jak i dotarcia do dobrej literatury.
 
 

"Czysty obłęd" - Mark Lamprell

 Czasem człowiek nie może wziąć się w garść, dopóki się doszczętnie nie rozsypie…
  Michael O’Dell wpada pod samochód. Ku swojemu zaskoczeniu i zadowoleniu, nie ginie. Jednak od tej chwili, pomimo heroicznego wsparcia żony, Wendy, życie Michaela zaczyna wymykać się spod kontroli. Jego córka Rosie nokautuje mściwą koleżankę z klasy, co staje się początkiem koszmarnych przejść z jej szkołą. Syn Declan ukrywa w swoim pokoju narkotyki. Świrnięty policjant zaczyna prześladować całą rodzinę. Drobne nieszczęścia nabierają złowieszczego posmaku. Jakby tego było mało, życie zawodowe Michaela zaczyna walić się w gruzy.
„Czysty obłęd” to przezabawna, bolesna powieść o miłości, rodzinie i niepewności wpisanej w ludzki los.

Mark Lamprell od wielu lat pracuje w branży filmowej i telewizyjnej. Jest współautorem scenariusza filmu „Babe – świnka w mieście”, a także scenarzystą i reżyserem wielokrotnie nagradzanego filmu „My Mother Frank”. Jego najnowsze przedsięwzięcie to musical „Goddess”, którego jest współscenarzystą.
Z okładki

 Przeczytałem i kompletnie nie wiem, co mam napisać, abym nie został opacznie zrozumiany. Powieść sama w sobie jest dobrze skonstruowana, wątki tworzą logiczną całość. Autor sięgnął po ważne tematy, podając je w sposób strawny i z pewną dawką humoru. Podobają mi się wątki wychowawcze, pokazanie problemów w interakcjach z latoroślami, walka o inne, lepsze życie. Irytowały mnie punktowane podsumowania po każdym rozdziale. W tej powieści brakło mi jakiegoś ważnego czynnika, porozumienia z czytelnikiem, zachwytu, co nie oznacza, że innym powieść nie jest ciekawa i niewarta tego, aby po nią sięgnąć. Sposób prowadzenia narracji jest dla mnie nowy. Opowiadanie historii w drugiej osobie liczby pojedynczej jest ciekawym zabiegiem, ale mnie jakoś mnie przekonała. Miałem wrażenie, że autor wydaje rozkazy postaciom, nie pozostawiając im oddechu i przestrzeni na podejmowanie własnych decyzji. Mnie osobiście to przeszkadzało.
 Sumując postacie są wyraziste, ciekawe, a fabuła oryginalna. Ja mam jednak jasne zasady w swoich ocenach i z pewnością nie dałbym tej książce pięciu gwiazdek. Jestem przekonany, że większość czytelników wysoko oceni walory powieści. Ja spodziewałem się czegoś zupełnie innego. "Czysty obłęd" nie jest źle napisaną powieścią. Po stylu pisania widać, że mamy do czynienia z zupełnie innym stylem, niż ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Ja po prostu nie potrafię się odnaleźć w pewnych schematach literackich. "Czysty obłęd" odebrałem jako eksperyment słowny. Czy polecam? Jak najbardziej, szczególnie odkrywcom czegoś nowego.

Napiszmy ksiązkę z Magdaleną Kordel "Wydarzyło się w Malowniczem".

 Znana pisarka Magdalena Kordel po raz kolejny wyciąga rękę do blogerów, zapraszając ich do wspólnego napisania antologii opowiadań, inspirowanych najnowszą powieścią Autorki" Malownicze.Wymarzony dom".  Tym razem motywem jest małe miasteczko położone w Sudetach, o nazwie Malownicze. Po raz drugi wziąłem udział w tego rodzaju akcji i jestem bardzo zadowolony. W fazie końcowej każdy, kto napisze opowiadanie, może zakupić własny egzemplarz książki (lub więcej egzemplarzy) po kosztach druku.

 Pisarka nie zapomina o blogerach, mających w sobie żyłkę do pisania i nie bojących się oceny przez innych. Moje opowiadanie ukazało się jako drugie. Dziękuję Autorce za zaproszenie i w jej i swoim imieniu zapraszam innych blogerów do pisania. Wspólna akcja jest ciekawym pomysłem i scala społeczność blogerow w Polsce. Czy warto stać się pisarzem na krótką chwile? Warto się przekonać, jak to jest. Zapraszam do czytania, jak również do komentowania.

 Szczegóły na stronie Autorki pod adresem:

http://magdalenakordel.blogspot.de/p/wydarzyo-sie-w-malowniczem.html

"Stephen King. Sprzedawca strachu" - Robert Ziębiński

  Robert Ziębiński jest dziennikarzem, oraz pisarzem. Publikował w "Tygodniku Powszechnym", " Przekroju", "Newsweeku", oraz w "Nowej Fantastyce". Jest autorem powieści "Dżentelmen", "13 po 13", oraz "Sprzedawcy strachu". Właściciel portalu kulturalnego znajdującego się pod adresem dzikabanda.pl

 Jestem fanem twórczości Stephena Kinga, ale z pewnością nie najwierniejszym. Po przeczytaniu tej książki mogę nazwać siebie "niedzielnym fanem Kinga". Potrafię wymienić książki i opowiadania, które czytałem i które wyszły spod pióra Kinga. I to wszystko.A King napisała 65 książek, oraz ponad 200 opowiadań.

 Robert Ziębiński zebrał wszystkie adaptacje ekranowe mistrza horroru, omawiając je, przedstawiając bardzo ogólny zarys fabuły. To dzięki tej książce dowiedziałem się, że wiele adaptacji filmowych nie trafiło do kin, funkcjonując na nośnikach dvd.

 Ta książka jest swoistego rodzaju dokumentem, obrazującym nie tylko dokonania pisarza, ale autor pisze również o jego życiu prywatnym i drugiej pasji Kinga, którą jest muzyka. 

 Aby napisać tak obszerny tekst, potrzebna jest duża wiedza nie tylko na temat dzieł, ale także życia Kinga. Ziębiński pokazuje, że przez napisaniem o każdej adaptacji dokładnie ją obejrzał. Jego opinie na temat każdego scenariusza filmowego, jak i jego realizacji są wyczerpujące, dostajemy jasne przekazy czy warto sięgać po dany film, czy to będzie stracony czas. 
 
 W sumie ocenie zostaje poddanych około dwustu filmów. Recz jasna, niektóre to są kolejnymi adaptacjami.  
Podoba mi się szczerość w ocenie, bez naginania faktów. Robert Ziębiński zrobił krok milowy w poznaniu fenomenu Kinga w naszym kraju.Doskonałe opracowanie warte najwyższej noty. Polecam.

Luanne Rice - "Ostatni dzień"

    Sięgając po "Ostatni dzień" miałem wielki apetyty na coś wyjątkowego i coś wciągającego. Od pewnego czasu moje oczekiwania czy...